kot

Agnieszka Kwiatkowska - Trzy miasta [Tea Time]

02.04.2015

Zapraszamy do przeczytania kolejnego opowiadania z cyklu Tea Time. Tym razem Agnieszka Kwiatkowska zabierze nas w krótką podróż po trzech miastach.

Zachęcamy do nadsyłania swoich propozycji.


Agnieszka Kwiatkowska

Trzy miasta

1.

Nadchodzę do miasta od strony południowej. Jest marzec; wszędzie wokół widać zmarzniętą ziemię, pokrytą gdzieniegdzie wynędzniałymi resztkami trawy. Rzeka Severn pachnie mułem. Z nocnej ciemności wyłaniają się miejskie mury.

Idę wolno, nie spieszę się. Każdy krok przybliża mnie do celu, choć mieszkańcy Shrewsbury jeszcze o tym nie wiedzą i niczego nie przeczuwają. O tej porze wciąż śpią smacznie we własnych łóżkach, w domowym zaciszu, pewni, że są bezpieczni. Głupcy! Przede mną nie ochronią strażnicy, mury miejskie, wojsko. Chodzę dokąd chcę i nikt ani nic nie jest w stanie mnie powstrzymać. Żadne modły, przekleństwa, środki zaradcze. Robię, co chcę i znikam. Tak cicho i niepostrzeżenie, jak się pojawiam.

Wchodzę do miasta przez zamkniętą bramę, mijając strażników. Mogłabym swobodnie musnąć ich policzki, a nawet by tego nie poczuli. Być może zdziwiliby się, skąd w tę bezwietrzną, zimną noc wziął się podmuch wiatru. Otarliby twarze, zaklęli, a potem wrócili do na wpół sennego czuwania.

Idę dalej.

Poruszam się bezszelestnie wąskimi uliczkami, niewidzialna dla ludzkich oczu. Zresztą o tej godzinie widać jedynie pojedyncze, pospiesznie przemykające sylwetki. Ukrywający się kochankowie, żebracy, przestępcy. Uczciwi obywatele nadal śpią w łóżkach. Słyszę ich spokojne oddechy, gdy mijam rzędy małych domów, wyczuwam ciepło ciał. To pora pomiędzy nocą a świtaniem, kiedy sny powoli się urywają, a powieki otwierają z trudem.

Nagle pojawia się źródło ciepła, odpędzającego chłód wczesnowiosennej nocy. Już wiem, gdzie zacznę. Zbliżam się do kuźni, w której huczy ogień. Kowal i jego pomocnik krzątają się przy palenisku. Młody uczeń grzeje nad nim dłonie. Jest drobny, chudy, ciemnowłosy. Ale to nie on będzie ofiarą. Jego pracodawca, ubrany w wysłużony kaftan, pochyla się nad kowadłem. Jest umięśniony, postawny i barczysty. To doprawdy ironia losu, że ten silny, zdrowy mężczyzna, będzie pierwszym, który umrze.

Całuję go szybko, prosto w usta, po czym odsuwam się. Kowal zastyga na moment, mruga jakby w zaskoczeniu – ale nie, nie widzi mnie i nie rozumie, co się właśnie stało. To tylko chwila, drgnienie – odruchowo ociera usta, po czym wraca do swoich zajęć. Jest nieświadomy, że właśnie rozpoczął się nieodwracalny proces, a on sam stanowi pierwsze ogniwo łańcucha zarazy.

Koło kuźni siedzi bury kot. Gdy orientuje się, że go dostrzegam, zaczyna prychać i syczeć ostrzegawczo. Wymijam go, opuszczając kuźnię; zwierzak natychmiast pierzcha i znika gdzieś między domami.

Opuszczam budzące się miasto tą samą drogą, którą przybyłam. Niebo na wschodzie powoli jaśnieje. W powietrzu unoszą się cieniutkie, mleczne pasma. Ale to nie mgła. To moja wierna, nieodłączna towarzyszka. Jest jak pajęczyna, która zaczyna się od pojedynczej, unoszonej wiatrem nitki, a w końcu przeradza się w lepką śmiercionośną sieć. Odchodzę, pozostawiając ją na posterunku i pozwalając jej nabierać kształtów. Wkroczy do Shrewsbury, gdy nadejdzie czas, a wtedy rozlegnie się klekot kości i rozpoczną żniwa.

2.

Nad Norymbergą zapada zmierzch. To miasto handlowe, które nieprędko zasypia. Uliczki wciąż pełne są ludzi, a ja krążę wokół nich, wdycham ich zapach, szukając tego właściwego.

Natrafiam nań dopiero w jednej z bocznych uliczek koło rynku. To połączenie zapachu i nieuchwytnego wrażenia snuje się niczym wstęga między kamieniczkami i natychmiast prowadzi mnie do jednej z nich. Do domu kupca kolonialnego i jego rodziny. Nie wiem, czemu wybrałam właśnie jego. Nie jest młody, cieszy się raczej średnim zdrowiem. Ale to od niego wszystko się zacznie.

To szczęśliwa rodzina. Przenikam do kuchni, gdzie wszyscy siedzą przy posiłku. Kupiec, jego tęga żona, dwóch dorosłych synów i dwie dorastające córki. Jedzą, rozmawiają, śmieją się. Starsza córka wkrótce wychodzi za mąż, interesy idą bardzo dobrze – to ostatnie widać po suto zastawionym stole. W kącie kuchni na posłaniu leży pies. Choć ma posiwiały pysk, wiek nie stępił mu zmysłów. Patrzy na mnie czujnie, nie wydaje jednak z siebie nawet warknięcia.

Całuję kupca w usta, a gdy odsuwam wargi, wiem, że przekazałam to, co miałam przekazać. Niektóre pocałunki są słodkie – moje nie mają w sobie nawet odrobiny słodyczy. Ani namiętności. Są pozbawione wszelkich uczuć, podobnie jak ja. Gdy kogoś całuję, jestem jak biblijny Judasz. Całuję, by wskazać ofiarę.

Rodzina wciąż się posila, niepomna mej obecności. Gdy opuszczam kuchnię, pies unosi łeb i powarkuje. Za późno, mój drogi. Nie uratujesz pana ani nikogo innego.

Norymberga wieczorem pachnie przyprawami z pobliskich sklepów korzennych. Powietrze jest klarowne, tylko przed domem kupca kłębią się w powietrzu cienkie niteczki.

Tym razem żniwa rozpoczną się w Norymberdze.

3.

Florencja spłukana deszczem staje się wyblakła i niewyraźna. Piazza della Signoria pokryta jest taflą wody, a zarysy Palazzo Vecchio zdają się zlewać kolorem z szarością nieba. Rzeka Arno mruczy groźnie. Zły czas – szepczą trwożnie ludzie, spiesząc do kościołów w lejących się z nieba strugach. Tam zapalają świeczki i modlą się, choć w tych modłach już znacznie mniej wiary, a więcej strachu. Pada już drugi tydzień i Arno zaczyna występować z brzegów. Coraz więcej florentyńczyków opuszcza miasto. W kościołach falują światła tysięcy świec wotywnych.

W obliczu tego, co im niosę, powódź będzie dla Florencji najmniejszym problemem.

Idę za wiodącym mnie zapachem; ten prowadzi mnie w kierunku Mostu Złotników. Ale moja ofiara nie skrywa się w żadnym z zajmujących most sklepików handlarzy ryb. Wymijam jatki rzeźników obok mostu i zagłębiam się w kolejne wąskie uliczki. Kluczę i kluczę, a wstęga płynie w powietrzu, skręca, zawraca. Nie pojmuję tego. Gdy uchwycę zapach ofiary, rozpoczynam polowanie. Zmierzam prosto do celu. A teraz wydaje się, jakby to ofiara ze mną igrała, rozsiewając swój zapach po całej Florencji. Ucieka przede mną? Niemożliwe.

Dopiero w okolicach kościoła Sant’Ambrogio czuję, że wreszcie dotarłam na miejsce. Podążam za wstęgą, a ta kieruje mnie wprost do pracowni malarskiej. Nie zwracam uwagi na liczne płótna, sztalugi, pędzle. Nie interesuje mnie zapach farb, tylko moja ofiara, która leży na podłodze, na sienniku, pogrążona we śnie. To młody mężczyzna, szczupły i ciemnowłosy. Gdy się nad nim pochylam, wyczuwam w jego oddechu kolorowe sny. Niemal dyszy zmęczeniem, które zmusiło go do przerwania pracy, gdy już ledwo widział na oczy.

Całuję go delikatnie, obojętnie, oznaczam go. A on otwiera oczy i patrzy prosto na mnie. Na mnie. Nie! To nie jest możliwe! Cofam się, a on siada, z wyrazem zdumienia na twarzy. Widzi mnie! Więc przenikam przez ścianę, wypływam na ulicę, choć młodzieniec coś krzyczy. Pyta, kim jestem. Ale ja już wykonałam zadanie. I znów ruszam w drogę, przed siebie. Nic tu już po mnie, teraz czas na mą towarzyszkę, której cienkie pasma falują w strugach deszczu. A gdy nabierze kształtu, zacznie się wślizgiwać do domów i powoli, bezlitośnie, wyłapie wszystkie ofiary.

4.

Od dawna już tylko się błąkam. Nie zniknę, nie przestanę istnieć. Jestem wieczna i będę istniała, póki żyje choć jeden człowiek. Setki, tysiące lat krążyłam po ziemi, podążając za wezwaniem.

A gdy nikt mnie nie wzywa, chodzę tam, dokąd chcę. Powolnym krokiem przemierzam świat, po dnie oceanów i suchych lądach. Byłam już wszędzie. Odwiedzałam królów i najuboższych poddanych.

Oznaczałam swe ofiary skutecznie i bez wzruszenia. Składałam na ich ustach judaszowe pocałunki. Tylko jedna ofiara wyrwała się mej towarzyszce. Przeżyła chorobę, nie umarła. Malarz z Florencji, którego chęć życia i umiłowanie wiedzy przezwyciężyło kostuchę.

Patrzę na…

Siebie. Nie siebie. Istnieję, ale nie mam formy, kształtu. Ten człowiek jako jedyny mnie zobaczył-nie zobaczył. Nie pojmuję tego. Może to tylko splątany umysł, oszalałe myśli, wytwór wyobraźni? Bo wiem, że wtedy za mną wołał, zbiegł na ulicę, szukał mnie wszędzie. A potem odepchnął od siebie zmęczenie i rzucił się do sztalug, chcąc uwiecznić to, co widział. Co mu się wydawało, że widzi.

Stoję przed portretem. To doprawdy zaskakujące, że mnie, która nie posiada ciała, ogląda cały świat. Miliony ludzi zachwycają się mną, kontemplują każdy szczegół portretu i od lat zadają sobie pytanie, do którego tworzą setki odpowiedzi, a żadna z nich nie jest prawidłowa:

Dlaczego ona tak tajemniczo się uśmiecha?”.

 

Agnieszka Kwiatkowska (1978) – dwukrotna laureatka konkursów literackich magazynu „Histeria”. Publikuje również na Szortalu oraz w Drabble na Niedzielę. Finalistka konkursu na dokończenie powieści J. Zajdla Drugie spojrzenie na planetę Ksi. Sekretarz redakcji w magazynie internetowym „WeryForma(t)”. Pasjonatka Włoch, języków obcych i dobrej grozy.

Kategorie: Tea Time