kot

Bez znieczulenia - recenzja

01.08.2016

Świat przyspieszył. Zawsze parł do przodu, lecz nigdy z tak zawrotną prędkością jak teraz. Ciężko powiedzieć, dokąd zmierza ten pęd (czasami nawet strach o tym myśleć), ale trzeba przyznać, że współczesność potęguje wszystkie składniki rzeczywistości – te, które nas otaczają oraz te, z których się składamy. Innowacyjność, szybkość czy globalny zasięg technologii przyprawiają o zawrót głowy. Jednak ludzkie zalety i przywary też ulegają temu procesowi, co jest jeszcze bardziej niepokojące…

Pojawiają się absurdy, o których istnieniu jeszcze kilkanaście lat temu nie śniłoby się żadnemu wizjonerowi. Wyobrażacie sobie, co powiedziałby człowiek z roku, powiedzmy, dwutysięcznego, gdyby opowiedzieć mu o mamuśce wystawiającej setną fotkę nagiego berbecia w miejscu, gdzie każdy może oglądać zdjęcie do woli i o rozżaleniu tejże mamuśki, gdy „lajki się nie zgadzają”? Człowiekowi z tamtych czasów coś takiego ciężko byłoby w ogóle wyjaśnić. A to tylko jeden z setek przykładów współczesnych dziwactw… Na co dzień nie zastanawiamy się nad nimi, jesteśmy zbyt zapędzeni, ale one są wszędzie wokół, uwierzcie mi, i z roku na rok nabierają intensywności. Aż robi się żal, że nie ma między nami ciętego, bezkompromisowego piewcy codzienności, jakim był Roland Topor, który spojrzałby na cały ten bajzel swoim spostrzegawczym, cynicznym okiem, obrał te sytuacje do samego ich rdzenia, ukazał właściwy sens, uwypuklił to, co najważniejsze, i okrasił czarnym humorem.

Rolanda Topora już nie ma, racja, ale jest inny, obdarzony równorzędnymi atrybutami pisarskimi prozaik; w dodatku nie trzeba szukać go daleko, bo jest tu, na naszym rodzimym poletku literackim. Osoba ta to Juliusz Wojciechowicz.

Wojciechowicz w swojej debiutanckiej książce przeprowadza na odbiorcy szereg literackich operacji, a wszystkie, co do jednej, wykonuje zupełnie „bez znieczulenia”. Z pasją grzebie w czytelniczych głowach, sumieniach, wreszcie ośrodkach mózgu odpowiedzialnych za moralność czy autorefleksję. Naciska narracyjnym skalpelem takie punkty naszego jestestwa, po dotknięciu których jesteśmy zmuszeni wyjść (chociażby myślami) poza sferę osobistego komfortu i spojrzeć na świat z innej perspektywy – przyjrzeć się i zastanowić nad rzeczami, nad którymi być może wolelibyśmy się nie zastanawiać. Ale czy jeżeli pozostaniemy w pozycji z odwróconym wzrokiem, to te rzeczy znikną? Odpowiedź jest bolesna: nie, one dalej tam będą. Dlatego, chociaż może zaboleć i chociaż żadnych środków znieczulających nie przewidziano, nie bójmy się zanurzyć w świat opisany przez Wojciechowicza. Bo to jest przecież nasz świat…

Autor Bez znieczulenia to spostrzegawczy obserwator, który biegle wychwytuje to, co najciekawsze w otaczającej go rzeczywistości. Patrzy na wskroś przez człowieka i odsłania w swoich utworach samo sedno ludzkich motywacji. Wskazuje ostrzem puenty, zdając się mówić spomiędzy wierszy: „spójrz, to tutaj, jego pycha/jego pojmowana na chory sposób miłość/jego egoistyczne pociągi, dotarliśmy do samiutkiej esencji, właśnie to chciałem Ci pokazać”.

Trafnie zilustrowane przez Wojciechowicza wycinki ludzkich charakterów automatycznie wywołują w odbiorcy namysł nad przeczytaną opowieścią. Tym właśnie powinna cechować się dobra literatura – nie tylko być rozrywką, ale też skłaniać do refleksji nad sobą, nad światem, nad ludźmi wokół i nad pokręconą pajęczyną relacji, w jakiej przyszło im żyć. Wiele z zawartych w książce miniatur jest absolutnie współczesna, dopasowana do dzisiejszych, szalonych czasów (jak chociażby opowiadanie Lubię to), lecz znajdziemy też sporo tekstów ponadczasowych, takich o silnym i uniwersalnym wydźwięku (Poczekalnia czy Na ziarnku grochu).

W pierwszych zdaniach recenzji napisałem, że czasami strach myśleć nad tym, dokąd zmierza świat. Wojciechowiczowi takie strachy nie straszne, a wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że autor lubi dywagować o przyszłości w ujęciu ogólnym (Angry Dads, Bestseller), jak i brać na warsztat pewien skrawek rzeczywistości i puszczać wodze fantazji, zastanawiając się „co by było, gdyby…?” (Pożądana, Posiedzenie).

Oprócz fascynacji obserwowaną na co dzień rzeczywistością autor cechuje się wyraźnym zamiłowaniem do kultury popularnej. Wojciechowicz wychwytuje popkulturowe smaczki, po czym bawi się nimi, przestawia, krzyżuje bądź wywraca je na lewą stroną, by finalny produkt zamieścić w gotowym opowiadaniu (Grajek, Zombie). Zaręczam, że odnajdowanie nawiązań i inspiracji poukrywanych na kartach tej książki sprawi frajdę każdemu miłośnikowi tego typu zabaw.

Teksty zebrane w Bez znieczulenia to opowiadania różnorodne tak pod względem treści, nastroju, wydźwięku, jak i stylu narracji. Niektóre potrafią człowieka przestraszyć czy skłonić do pomyślunku, inne wprawić w doła, a nie brakuje też takich, przy których parskamy niepohamowanym śmiechem. Właśnie ta rozmaitość jest niewątpliwą siłą zbioru – po prostu nie pozwala nam się znudzić czy też „przejeść” serwowanymi treściami.

Na zakończenie przytoczę motto omawianej książki, którym są słowa Horacego Walpole’a: „świat jest komedią dla tych, którzy myślą, i tragedią dla tych, którzy czują”.

Zostawiam Was z tym zdaniem i serdecznie zachęcam do podróży w świat opisany przez Wojciechowicza; będziecie zaskoczeni, jak wiele znajomych miejsc, ludzi i sytuacji tam spotkacie, może nawet samych siebie… Kto wie?

Jarosław Turowski

Kategorie: Bez znieczulenia