kot

Dominika Świątkowska - Pisarz [Tea Time]

14.09.2014

Niniejszym rozpoczynamy cykl – Tea Time, w którym to będziemy wam umilać wolny czas krótkimi opowiadaniami maści wszelakiej. Oczywiście nie propagujemy przerywania pracy w celu natychmiastowego zapoznania się z treścią tekstów, ale zabronić również nie możemy ;)

Jeżeli ktoś chciałby aby jego tekst ukazał się w takiej formie zachęcamy do nadsyłania swoich propozycji na wydawnictwo@gmork.pl w tytule wpisując: [tea time].

W rozwinięciu postu oddajemy w wasze ręce "Pisarza" autorstwa Dominiki Świątkowskiej. A dla czytnikofilów wersja do pobrania w czterech formatach. Enjoy.


Dominika Świątkowska

Pisarz

Mężczyzna położył książkę na blacie lady sklepowej i czekał cierpliwie, aż ekspedientka obsłuży klienta przed nim.

– …oczywiście, nie ma sprawy – zakończyła rozmowę z uśmiechem firmowym numer jeden. – Dziękuję bardzo, do widzenia. Dzień dobry, w czym mogę… – zwróciła się do policjanta, ale jej uśmiech zamierał stopniowo, gdy bezwiednie spojrzała w dół, na książkę.

Kilkoro innych klientów kręcących się po sklepie spojrzało na dziewczynę z zaciekawieniem. Zazwyczaj usta jej się nie zamykały, więc każda jej przerwa w mówieniu, zwłaszcza tak gwałtowna, zwracała uwagę. Ci którzy stali bliżej, podążyli za jej wzrokiem, a kiedy zobaczyli to co i ona, w sklepie zapadła grobowa cisza. Inspektor wiedział, że ludzie tak zareagują i poniekąd poczuł lekką wewnętrzną dumę. Czuł się lepszy od tych wszystkich małomiasteczkowych zabobonników i tak naprawdę trochę specjalnie wybrał akurat ten sklepik, żeby zakupić książkę, zamiast po prostu zajechać do pobliskiego miasta. Poza tym oczywiście, że oszczędzało mu to czasu.

Po chwili ciszy w pomieszczeniu rozległ się szum. Tak, tego też się spodziewał. Sądził, że plotki o nim rozejdą się po miasteczku jeszcze przed północą. Plotki o nim, wielkomiejskim policjancie, który nie daje wiary w to, co usłyszał o dziwnych zaginięciach. Pewnie mu się wydaje, że tutejsi mieszkańcy to tylko banda wariatów, że porywacz jest uchwytny, a on na pewno szybko go dopadnie. Buńczuczny ten policjant, oj tak, a teraz spójrzcie, co robi – kupuje tę przeklętą książkę! Pewnie jeszcze mu się wydaje, że jego to nie dotyczy, albo że jest nietykalny, co? Oj, skończy jak ci wszyscy pozostali biedacy, wtedy popamięta, tylko że wtedy już będzie za późno na refleksję. Z pewnymi rzeczami i ludźmi nie powinno się zadzierać. Ludzie żyjący w takich miasteczkach jak to, wiedzieli o tym najlepiej. Takie miasteczka zawsze miały swoje tajemnice.

Kasjerka drgnęła lekko i pokręciła głową, jakby chcąc się otrząsnąć ze zdziwienia, ale książki dotknąć nie chciała, choć powinna zeskanować jej kod kreskowy. Trudno, najwyżej będzie miała potem braki na stanie, zapłaci za to tyle, ile da jej teraz ten gliniarz i jakoś się to wyrówna. Wszystko było dla niej lepsze od dotknięcia książki.

Inspektor popatrzył na dziewczynę z nieco wrednym uśmiechem.

– Dziesięć dolarów – poinformowała go, starając się ukryć lekkie drżenie głosu.

Mężczyzna pogrzebał w kieszeni spodni, gdzie trzymał luźno wrzucone pieniądze, wyjął zmięty banknot i rzucił nim niedbale o ladę. Kobieta szybko go zgarnęła, jakby bała się, że policjant coś jej zrobi, gdy ta tylko wyciągnie rękę. Patrzyła na niego przez chwilę, zanim wreszcie wykrztusiła:

– Dziękuję.

W odpowiedzi uśmiechnął się tylko wyniośle wiedząc, że wszyscy na niego patrzą.

Wyszedł ze sklepu i odetchnął głęboko świeżym powietrzem, po czym znów się uśmiechnął, tym razem do samego siebie.

Tak, zdecydowanie opłacało się tu przyjść, choćby po to, żeby zobaczyć miny tych naiwniaków. Lubił działać po swojemu, nie do końca tak, jak kazali mu przełożeni, dlatego kupił powieść, a przy okazji mógł zaobserwować reakcje ludzi. Nie wątpił w to, że byli zastraszeni. Oczywiście nie wierzył w jakiekolwiek zdolności nadprzyrodzone książki, dlatego tak bardzo chciało mu się śmiać z tego, czego przed chwilą był świadkiem w sklepie, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i w głębi duszy był śmiertelnie poważny. Zginęło kilkoro ludzi i mogli zginąć następni. Wszystkich łączyło jedno: ich ostatnią czynnością, według zeznań świadków, było sięgnięcie po felerną książkę, której autor dziwnym trafem nagle zniknął.

Nie, mężczyzna nie wierzył, że z okładki wychodzi pieprzony potwór i pożera czytelnika, a nawet gdyby w to wierzył, nie mógłby tego umieścić w żadnym raporcie. Uważał jednak, że pisarz mógł, świadomie lub nie, umieścić w swoim tekście jakieś wskazówki dotyczące czy to jego życia, czy może nawet motywów, którymi się kierował, porywając swoje ofiary (zakładając oczywiście, że miał on z tym coś wspólnego i że chodziło o porwania, nie o zabójstwa, ale na tym etapie śledztwa przyjmowano wszystkie pomysły i założenia, a brak żądania okupu jeszcze nie wykluczał pierwszej opcji), a więc rzeczą nieuniknioną był przyjazd do miasteczka, z którego poszukiwany pochodził.

Zadzwonił telefon. To była jego partnerka, którą mu przydzielono do tej sprawy.

– Słucham cię – rozpoczął rozmowę całkiem wesoło.

– Dojechałeś już na to zadupie?

– Owszem, zdążyłem już nawet zrobić najważniejsze zakupy.

– Czyli?

– Mam książkę.

Chciał jej opowiedzieć o reakcji miejscowych na ten zakup, ale ona ubiegła go pobłażliwym westchnięciem.

– Uparłeś się. Naprawdę zamierzasz bawić się w psychologa?

– Naprawdę.

– Co chcesz tam znaleźć? Myślisz, że facet opisał w książce jakiegoś mordercę jako swoje alter ego, albo miejsce, gdzie składuje zwłoki?

– Uważasz, że to strata czasu?

– Czego w zasadzie szukasz?

– Wskazówek. Jakichkolwiek. Uwierz mi, że przeczytałem w życiu trochę więcej, niż na to wyglądam. Miałem swego czasu sporo do czynienia ze środowiskiem literackim, sam nawet kiedyś coś próbowałem skrobać i wiem co robię. Każdy pisarz umieszcza jakieś bliskie mu elementy w swoich tekstach. Nieważne, jakie: poglądy polityczne, imiona postaci, miejsca z dzieciństwa, zwierzątko domowe, swoje własne fantazje – nieważne. Zawsze coś jest, a ja zamierzam to znaleźć.

W odpowiedzi znów usłyszał westchnięcie.

– Niech ci będzie. Nie uważasz, że mimo wszystko lepiej byłoby najpierw porozmawiać z ludźmi? Zajrzeć do jego domu?

– Nie mamy…

– Wiem, ale pozwolenie powinno przyjść natychmiast, jak tylko przedstawimy wystarczające dowody. Dowody, które ty właśnie powinieneś zbierać. Pogadaj, popytaj, pokręć się, a potem poczytaj sobie tę książkę na dobranoc, jak już musisz, i może faktycznie wyłapiesz coś, o czym wcześniej już usłyszałeś od mieszkańców. Będziesz miał wtedy potwierdzenie ich słów. Nie uważasz, że taka kolejność działania byłaby lepsza?

Inspektor uśmiechnął się lekko.

– Być może, ale ponieważ i tak jest już późno…

– A ty tak bardzo chcesz przeczytać tę książkę – weszła mu w słowo.

Nie wytrzymał i zaśmiał się.

– Skoro wszyscy zaginieni znikają po zaopatrzeniu się i, zapewne, przeczytaniu jej, w dodatku podejrzenia zaczynają padać na jej autora, to czy i my nie powinniśmy tego zrobić, jeśli to wszystko się o nią rozbija? Jak możemy nad nią pracować, nie znając jej treści?

Jego partnerka milczała przez chwilę. Tu ją miał i poczuł wredną satysfakcję z tego powodu. Lubił jej dokuczać odkąd zauważył, jak bardzo ona rumieni się na jego widok.

– Niech cię szlag – zażartowała w końcu. – Daj znać, jak coś znajdziesz.

Pożegnali się i mężczyzna schował telefon do kieszeni, wciąż uśmiechając się lekko. Podniósł książkę na wysokość oczu i przyjrzał się okładce, na której widniał potwór rodem z horrorów klasy B, po czym kiwnął w jej stronę lekceważąco głową, jakby chciał jej powiedzieć: już ja cię wezmę w obroty.

Oczywiście jego partnerka miała rację, powinien iść w teren i rozmawiać z ludźmi, a nie tracić czas na czytanie, inaczej jego przełożeni dobiorą mu się do skóry, jednak zaczynało już zmierzchać, zamierzał więc zwalić swoją decyzję na późną porę i, w związku z nią, niechęć wyrażoną przez ludzi, dotyczącą rozmów na ich nowy temat tabu. Tak, gdyby ktoś się czepiał. To małe miasteczko, nie ma co robić wieczorami, więc wszyscy o tej porze już przesiadują w pubie, nie da się z nimi sensownie pogadać, przyjdźcie jutro.

No, oczywiście nie wszyscy, ale na pewno ci, którzy mogą mieć coś do powiedzenia an temat zaginionego pisarza.

Miał z nimi umówione terminy na jutro. Dziś zamierzał czytać.

***

Pokoik w hostelu, który wynajmował policjant, pomimo tego w jakiej zabitej dechami dziurze się znajdował, wyposażony był w miękki fotel z wysokim oparciem. Wydawał się być idealny do czytania, dlatego inspektor usiadł w nim wygodnie. Obok nawet stała lampka z dość staromodnym kloszem, więc zapalił ją. W końcu wziął książkę do ręki i zaczął czytać wstęp. Po chwili jednak, zniecierpliwiony, przerzucił kartki i wziął się za pierwszy rozdział. We wstępie na pewno nie było niczego ważnego, takie rzeczy zawsze pisze się pod ludzi, jakichś tam krytyków, wydawców, rodziny i Bóg wie jeszcze kogo, komu chce się niby podziękować za pomoc w pisaniu.

Jego interesowała treść właściwa.

Musiał przyznać, że czytało mu się dobrze. Książka wciągała. Po jakimś czasie zorientował się, że przestał już zwracać uwagę na treści mogące zawierać jakiekolwiek wskazówki dotyczące życia autora, i po prostu pochłaniał każde kolejne zdanie z ciekawością małego dziecka. Facet miał talent do pisania, to trzeba mu było przyznać. Nawet fakt, że opisywał on jakiś dziwny świat i tandetne potwory, jakoś nie przeszkadzał i niczego książce nie ujmował.

W pewnym momencie wydawało mu się, że przysnął. Nie, żeby książka była taka nudna, wprost przeciwnie, po prostu musiał się zasiedzieć do późna.

Zamrugał, rozglądając się dookoła. Chyba coś mu się śniło i chyba obraz z tego snu jeszcze nie do końca wyblakł pod jego powiekami.

Czerwona, spalona ziemia, niskie pagórki niewiadomej konsystencji i czerwone, zadymione, apokaliptyczne niebo. W tle odgłosy jakby wybuchających wulkanów i basowy tętent jakichś ciężkich stworzeń. Te potwory… ciężko było powiedzieć, co to było, najbardziej przypominały szaroniebieskie dinozaury o niezbyt długich szyjach i czerwonych, wściekłych oczach bez źrenic. Biegały niezwykle szybko, w dużych stadach, po tej smutnej pustyni kojarzącej się pesymistom z jakimś końcem świata.

Poczuł, że coś nim trzęsie i zamrugał jeszcze raz. Obraz nie znikał.

Znowu trzęsienie.

Zdarzyło mu się już parę razy, że wiedział, iż śni i musi przestać, ale nie mógł.

Cholera, pewnie zaspałem pomyślał, zły na siebie i pewny, że to ktoś nim potrząsa, żeby go obudzić. I pewny, że cały dzień będzie chodził z zesztywniałym karkiem po nocy spędzonej w fotelu.

Nagle o mało nie wyleciał z niego, gdy ten podskoczył. To już zakrawało na trzęsienie ziemi, a nie na potrząsanie kimś, kto jeszcze śpi. A może to jakiś napad?

Przez sekundę był tego pewien, gdy gdzieś niedaleko coś huknęło i rozniosło się donośnym echem, jakie może dźwięczeć w głowie tylko komuś, kto się jeszcze nie obudził, a dźwięki z jawy przenikają się z sennymi tak, że nie sposób rozróżnić jednych od drugich.

Potem poczuł zapach siarki i zorientował się, że nie śpi.

Czerwona pustynia, istne ziemie jałowe, podobne jak te, o których pisał Stephen King. I potwory…

Inspektor rozejrzał się dookoła żeby zorientować się, że go otaczają. Wciąż siedział w fotelu, tylko że teraz ten fotel znajdował się na grzbiecie jednego z dinozauropodobnych. A ten chyba o tym wiedział.

Biegł przed siebie, dlatego fotel tak się trząsł. Jego pobratymcy poruszali się luźną, rozproszoną grupą w tę samą stronę co on.

Mężczyzna czuł, że one o nim wiedzą i że są wściekłe. Chciał uciec, ale dokąd?

Nie pomyślał, żeby chociaż spojrzeć na książkę. Z jego gardła wydobył się narastający krzyk, dość dobrze wyróżniający się na tle basowych dudnień i wybuchów wulkanicznych.

Być może to zdenerwowało dinozauropodobnego jeszcze bardziej. Parsknął i przyspieszył swój bieg. Zatrzęsło jeszcze mocniej i fotel z wciąż krzyczącym policjantem podskoczył w powietrze, po czym poleciał na ziemię, przekrzywiając się do przodu. Mężczyzna zsunął się z niego i zanim zdążył wyciągnąć przed siebie ręce, uderzył z całym impetem twarzą w jeden z niewysokich, płaskich pagórków, roztrzaskując sobie czaszkę. Odgłos był suchy i krótki.

Ciało spadło na ziemię, twarzą w dół. Dłonie wciąż kurczowo trzymały książkę.

Dinozauropodobny zatoczył małe półkole w miejscu i pobiegł dalej, tyle że w drugą stronę. Przebiegł po trupie, aż ten podskoczył lekko od siły uderzenia.

Już nie trzask, a trzaski, i to w kilku miejscach na raz.

Stwór wyhamował lekko, by zatoczyć półkole, i znów bez zastanowienia ruszył przed siebie.

***

Siedziała na łóżku, w całkowitych ciemnościach. Patrzyła tępo przed siebie. Od czasu zaginięcia jej partnera minął prawie tydzień. Śledztwo oczywiście, jak i inne dotyczące ofiar pisarza, niczego nie wykazało.

Nie chciała o nim myśleć jak o ofierze, ale gdyby chodziło o porwanie, czy już nie pojawiłoby się żądanie okupu? Oczywiście mężczyzna mógł po prostu zniknąć z własnej woli, ale po co miałby to robić? I czemu miałby zostawiać wtedy w hostelu swoje rzeczy?

Coś musiało mu się stać, wiedziała to. Mogło to mieć związek z pisarzem, o którym to policjant przyjechał porozmawiać z mieszkańcami miasteczka. Teraz był kolejną osobą, która zaginęła najprawdopodobniej po przeczytaniu powieści, a w każdym razie na pewno po raz ostatni był widziany właśnie z nią w ręku…

Wiedziała, że nie powinien się brać za tę książkę. Nie powiedziała mu, że skoro inni po jej przeczytaniu znikali, to i jego może to spotkać, ale tak uważała. Nie wierzyła, tak samo jak on nie wierzył, że książka „była nawiedzona i siedział w niej diabeł”, jak też już zdążyła usłyszeć od ludzi z miasteczka, ale teraz już zaczynała rozumieć podejście jej zaginionego partnera. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej przekonująca wydawała jej się możliwość, że autor horroru ukrywał się, bo miał jakiś związek z tymi zaginięciami, a nie dlatego, że był niewinny i bał się niesłusznych oskarżeń oraz linczu w rodzinnych stronach. Nieważne, jak to robił, czy działał sam, czy miał pomocników – musiał być w to zamieszany.

A może znalazł jakąś wskazówkę? pomyślała nagle.

Wstała, zapaliła lampkę ze staromodnym kloszem, wzięła z podłogi książkę i usiadła z powrotem na łóżku, przypatrując się okładce.

A może jej partner znalazł, tak jak się uparł, że to zrobi, jakieś konkretne wskazówki dotyczące mrocznego życia poszukiwanego mężczyzny, ukryte gdzieś między wierszami? Może tak, jak to robią pisarze, i ten bardziej lub mniej świadomie opisał w swoim tekście coś, co tak naprawdę chciał ukryć? Może miał jakiś sekret, który nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego, a w swojej książce nieopatrznie umieścił drogowskaz do niego, nawet jeśli dość skomplikowany?

A co, jeśli inni też się zorientowali? Jakiś znajomy pisarza z dawnych lat albo psycholog, tak dobrze znający się na ludziach? Może ktoś jeszcze próbował wtrącić nos w nie swoje sprawy po tym, czego się dowiedział, i dlatego zginął? Przecież to całkiem znany człowiek, pomimo niedawnej premiery na pewno już wiele osób przeczytało jego powieść, a przecież aż tylu zaginionych do tej pory nie mieli. Może ginęli tylko ci najbardziej spostrzegawczy?

A może…

Zanim pomyślała, co robi, złapała z powrotem za książkę, którą pod wpływem zamyślenia automatycznie odłożyła na łóżko, i zaczęła ją czytać.

Miała trochę czasu, przełożeni kazali jej zabrać rzeczy zaginionego inspektora, gdy tylko wpuszczono ją wreszcie do wcześniej przeszukiwanego pokoju, gdzie tamten się zatrzymał, i wrócić do miasta dopiero następnego dnia.

Nie pomyślała o tym, że powinna zachować ostrożność, bo może pisarz, choć w ukryciu, wciąż się tu kręci i czatuje teraz na nią, jako kolejną wścibską osobę zamierzającą wtrącić się w nie swoje sprawy. Pomyślała jedynie o tym, że, sądząc po pogiętych kartkach na środku książki, śladzie po jej upadku, że o ile upadła ona dość adekwatnie do pozycji, w której była trzymana, to jej czytelnik całkiem sporo już przeczytał.

Nie znoszę horrorów pomyślała kobieta, wzdrygając się mimowolnie na widok pierwszego opisu w książce, dotyczącego kolumn składających się z ludzkich ciał, i zabrała się za czytanie.

***

Szła przed siebie w prawie zupełnej ciemności. Wiedziała, że to sen, miała dobrą podświadomość. Nie mogła sobie przypomnieć, skąd się tu wzięła, poza tym pomimo tego, że była w lesie i suche liście szeleściły jej pod stopami, gdy szła miękką wyściółką, miała wrażenie, jakby była na zewnątrz i w zamkniętym pomieszczeniu jednocześnie. Gdzieś pomiędzy drzewami widziała zarysy muru.

Najlepszy dowód na to, że to sen.

Nie wiedziała tylko, gdzie ma iść, co zdarzyło jej się po raz pierwszy, bo do tej pory zawsze w snach szła gdzieś, żeby zrobić coś konkretnego. Tym jednak też się nie przejęła, bo już po chwili usłyszała szum wody gdzieś nieopodal. Oczywiste, że postanowiła iść w tamtym kierunku.

Świadome śnienie, super! pomyślała, pewna, że skoro może robić co jej sie żywnie podoba i fabuła snu nie jest jej narzucona, to musi być to.

Szła z rękami wyciągniętymi lekko przed siebie, żeby nie wejść w jakieś drzewo. Po dłuższej chwili wreszcie gdzieś przed nią zaczęło się rozwidniać. Podejrzewała, że to musiał być jakiś wodospad i to duży, dlatego było tak jasno – światło księżyca odbijało się od sporej powierzchni wody. Im bliżej jednak była, tym mocniej czymś jej zalatywało. Coś jakby zgniłe mięso.

Pewnie gdzieś leży jakieś zdechłe zwierzę.

W pewnym momencie smród zaczynał stawać się nie do zniesienia, ale potem jej nos zaczął się przyzwyczajać. Ponoć po parunastu sekundach zawsze się przyzwyczaja.

W końcu doszła do skraju lasu i poczuła orzeźwiający podmuch znad wody.

Miała wrażenie, że stoi na skarpie albo stromym pagórku – schodził tak ostro w dół, że nic poza krawędzią nie było widać, tylko samo niebo. Powoli podeszła na skraj. Widok, który ujrzała, przeraził ją do tego stopnia, że wciągnęła głośno powietrze, po czym na chwilę wstrzymała oddech. Dolina znajdująca się przed nią wydawała się być jednocześnie daleko i blisko. Z naprzeciwka była otoczona wysokimi wodospadami, za nimi było coś co wyglądało jak morze, od którego się zaczynały. Woda spadała z okropnym szumem w dół, wzbijając w górę tumany mgły, a na samym końcu… znikała chyba w ziemi, bo z mgły nic już dalej nie wypływało. Na niej się kończyło. A spomiędzy mlecznobiałych smug, nad ziemią wynurzały się białe kolumny. Niedługi rząd zakończony gzymsem, ale bez żadnej podstawy. Wyglądały jak lewitujący portyk prowadzący do jakiejś jaskini w głębi, za wodospadem.

To już przestało jej się podobać. Mignął jej w głowie obraz, o którym czytała. W książce tego cholernego pisarza, którego sprawę miała prowadzić. W książce, po przeczytaniu której ludzie ginęli.

Poczuła się tak, jakby gdzieś niedaleko niej walnął piorun, tak mocno ją uderzyła ta myśl. Stanęła w połowie drogi w dół (nawiasem mówiąc, kolumny dalej, choć dość blisko do nich podeszła, wydawały się być jednocześnie bardzo odległe, trochę tak, jakby w rzeczywistości znajdowały sie gdzieś niżej, niż na to wyglądały) i gapiła się przez chwilę na nie czując, jak ciężko było jej oddychać. Obejrzała się za siebie. Tam nic się zmieniło, ale nagle stała się dziwnie pewna, że nie mogłaby już tam teraz wrócić. Jakby na szczycie pagórka coś na nią czekało.

Usłyszała czyjś szept, jakby jednego i wielu ludzi jednocześnie, jakby przebiegli (przelecieli?) gdzieś koło niej i szybko uciekli. Trwało to nie dłużej niż sekundę.

Odwróciła się gwałtownie i spojrzała w dół. Miała wrażenie, że przybyło kolumn. Coś się między nimi piętrzyło, może nie dosłownie, w każdym razie to było jedyne słowo, jakim byłaby w stanie to określić. Coś się między nimi ruszało, choć tak naprawdę nawet nie drgnęły.

Nie chciała, ale podeszła jeszcze bliżej. Musiała. Nie miała wyjścia. Znów uderzył ją smród zgnilizny, połączony z zapachem brudnej wody.

Wreszcie zobaczyła. To nie były kolumny. To były ludzkie ciała. Nagie. Blade. Sine. Jedne zapadnięte, inne dziwnie wybrzuszone, wzdęte. Ciężko jej było określić, ale chyba wszystkie były kobiece.

Nie mogąc zrobić nic innego (nie wiedziałaby nawet, co mogłaby zrobić), zasłoniła dłonią usta. Wtedy jedna z „kolumn” poruszyła głową w taki sposób, jakby chciała rozruszać zastałe kości. Potem otworzyła oczy. Były pokryte bielmem, ale gdy zwróciły się w stronę kobiety, dostrzegła pod mleczną zasłoną duże, czarne źrenice. Wyglądały na szare i zamglone, dopóki nie dostrzegły policjantki. Nagle jakby zabłysnęły.

Kobieta chciała krzyknąć, ale ze ściśniętego gardła wydobyło się tylko ciche kwilenie. Trup gapił się na nią z radosnym obłędem w oczach, a w końcu uśmiechnął się szeroko. Wszystkie jego zęby wyglądały jak kły.

Szepty, które słyszała, wróciły. Miała wrażenie, że latały wokół niej, wzmagając się, gdy kolejne trupy ustawione w rzędach zaczynały się budzić. Poczuła straszne ciśnienie w skroniach, gdy szepty przybrały na sile, zacieśniając się wokół niej. Napierały na nią. Świdrowały ją w uszy, zamieniając się w coraz wyższy skrzek. Złapała się za głowę, próbując je zasłonić. Oczywiście nic to nie dało. One były już w środku. Zaczynały się na nią drzeć, jednocześnie wciąż szepcząc. Nagle jeden z nich krzyknął piskliwie. Poczuła ból, kiedy pękły jej bębenki, i ciepło pod palcami, gdy zmoczyła je krew.

Jęknęła.

Ciała wierciły się na podeście, szepty stawały się coraz bardziej piskliwe, a ciśnienie rozsadzało kobiecie głowę, jakby siedziały w środku i rozpychały się. Poczuła wewnętrzny napór na czaszkę, usłyszała suchy trzask. Poczuła falę gorąca uderzającą ją w twarz, a potem wszystko pogrążyło się w chaosie.

Ciało, które obudziło się pierwsze, zeszło z podestu i ruszyło w stronę kobiety, która teraz też była już tylko trupem. Wciąż uśmiechało się, szczerząc drobne, ostro zakończone zęby.

Kategorie: Tea Time