kot

Piotr Borowiec - Wpływ kulturowy [Tea Time]

25.10.2014

Kochani! W końcu nasze groźby zostały wysłuchane i dziś w naszym cyklu Tea Time prezentujemy Wam opowiadanie "Wpływ kulturowy" autorstwa Piotra Borowca. Warzcie więc wodę na herbatę, szykujcie ciasteczka do podgryzania i zasiadajcie do lektury. Liczymy na Wasze opinie.

Jednocześnie z przyjemnością się ujawniamy z informacją o naszej kolejnej zapowiedzi wydawniczej, a mianowicie jeszcze w tym roku oddamy w Wasze ręce zbiór opowiadań pana Borowca pt. "Wszystkie nasze białe damy". Będzie on zawierał 13 klimatycznych historii z gatunku ghost story.

A teraz, skoro już herbata zaparzona, zapraszamy do czytania.

Przypominamy, że jeśli ktoś chciałby aby jego tekst ukazał się w takiej formie, zachęcamy do nadsyłania swoich propozycji na wydawnictwo@gmork.pl w tytule wpisując: [tea time].


Piotr Borowiec

Wpływ kulturowy

Fikcja, nic więcej. Dyplomy, kolokwia, semestry, egzaminy, to akurat było fikcją. Na szczęście mury i centralne ogrzewanie oraz ciepła sala, w której odbywały się wykłady, były prawdziwe. Pieniądze tak zwanych studentów, opłacających tak zwane czesne, zostały nieźle ulokowane. Ostatnią inwestycją uczelni było zamontowanie systemu grzewczego i nowoczesnej termoizolacji w auli. W tak zwanej auli, przecież tego rodzaju pomieszczenia są na prawdziwych szkołach wyższych, największa sala żałosnej instytucji nie powinna nosić prestiżowej nazwy: Aula Maius Wyższej Szkoły Turystyki i Hotelarstwa w Sanoku. Przynajmniej było ciepło, siarczysty mróz ostaniach dni stycznia wydawał się tu abstrakcją.

„Ciekawe” pomyślał doktor Jerzy Sztom, „czy oni wszyscy też nie mają złudzeń”. Przyszli bo musieli, mają z nim i wykłady i ćwiczenia, a doktor ma pamięć do twarzy. Za dwa tygodnie ci, którzy dostali zaliczenie, podejdą do egzaminu, na którym będą ściągać na potęgę. Jeśli go zdadzą, to przejdą na ostatni semestr, wybiorą seminarium dyplomowe i temat pracy, której i tak nie napiszą, tylko zamówią albo kupią przez internet. Jak już zdadzą ostatni egzamin, to otrzymają dyplom, który i tak im nic nie da, bo pracy dla absolwentów turystyki nie ma.

Banda kretynów, bo tylko kretyn płaci prawie cztery tysiące złotych rocznie za uczestniczenie w pompatycznej fikcji. Dlatego też Sztom nie miał wyrzutów sumienia, czasem korzystając z tego ich debilnego pragnienia skończenia studiów. On dostawał co chciał, one dostawały co chciały, wszyscy zadowoleni. A jak któraś nie była, to sama sobie winna. Doktor zdawał sobie sprawę, że jego upodobanie do studentek jest przedmiotem plotek rozpowiadanych przez słuchaczy niższych lat. Te idiotki, z makijażami, stringami oraz tipsami wiedziały, w co się pchają. Mogły wybrać inny kierunek studiów, albo wyjechać ze granicę do pracy jako kelnerki bez bzdurnego dyplomu.

To już niedługo. Na razie trzeba było przeprowadzić wykład. Tak zwany wykład.

– Dobrze proszę państwa… – zrobił pauzę, sekunda ciszy powinna podkreślić pogardliwy ton, z jakim wypowiedział grzecznościową formułkę – …zanim przejdziemy do merytorycznej części wykładu z Podstaw Etnografii, kilka spraw organizacyjnych. Trzy w zasadzie. Egzamin z przedmiotu w drugiej połowie lutego. Bez zaliczenia ćwiczeń nie ma mowy o podejściu do egzaminu. Część kolokwiów sprawdziłem, dobrze nie jest. Listę wywieszę na drzwiach zakładu. Jeśli ktoś z państwa chce poprawić, a w zasadzie któraś z pań, bo jak na razie nie zaliczają głównie kobiety, to zapraszam na moje dyżury, na poprawkę… ustną.

Nawet nie starał się ukryć dwuznacznego uśmieszku. Poprawka ustna, lubił to. Każdą inną pozycję też. Oczywiście, sam fakt spędzenia z nim nocy w pokoju hotelu Ambasador nie gwarantował dopuszczenia do egzaminu. Dziewczyny musiały wykazywać się inwencją, nie stroić fochów, mieć na sobie seksowną bieliznę oraz być dokładnie wydepilowane. Warunki sine qua non zaliczenia ćwiczeń z Podstaw Etnografii na piątym semestrze turystyki, przez te studentki które miały pecha oblać kolokwium.

Doktor kontynuował wykład:

– Proszę państwa, pozostało nam omówić zagadnienia związane z wierzeniami, religijnymi oraz demonologicznymi, kultur przedchrześcijańskich na naszym terenie. Chodzi o rejon Karpat, nie tylko Bieszczady…

To było już nudne. Mechaniczne klepanie tego samego, któryś już tam rok z rzędu, dla któregoś kolejnego rocznika, tak samo wyglądających, nieciekawych młodych ludzi. Doktor mówił niemal automatycznie, słowa płynęły, a wraz z nimi minuty. Prowadząc wykład przyglądał się zebranym słuchaczom. W zasadzie słuchaczkom, tylko one interesowały Sztoma. Dawno już nie był z nikim w łóżku. Praca na trzech etatach na trzech różnych uczelniach angażowała za bardzo, aby dbać o własne potrzeby. Cóż, nawet uczestnictwo w fikcji bywa czasochłonne.

– …przykładem takiego wpływu kulturowego, który skutkował wzbogacaniem pierwotnych wierzeń prymitywnych ludów słowiańskich w nowe elementy, była wiara w upiory. Kim są upiory, chyba nie muszę wam mówić. Te wszystkie straszydła znane z głupich książek są niczym innym jak wariacjami na temat upiorów. I chociaż nazwa upiór, upierz czy upyr pochodzi z języka ruskiego, to postać nieboszczyka powracającego do żywych, aby na nich się mścić, została zapożyczona z kultur zachodnich. Jak widać niższość kultury słowiańskiej nad zachodnią jest widoczna nawet w demonologii.

Doktor Sztom po raz kolejny przerwał przemowę. Z plastikowej butelki upił łyk niegazowanej wody mineralnej, rozejrzał się po sali. Te kretynki dalej notowały. Po co, same nie wiedzą. Niezależnie od tego jaką wartość merytoryczną miały wypowiadane słowa, pracowicie zapisywały każde z nich. Wykładowca mówi, studentka notuje. Jak psy Pawłowa, odruch bezwarunkowy słuchacza słabej uczelni. Niektóre, rzecz jasna, były ładne. Na przykład ta brunetka z dużym dekoltem, z którego wylewał się kuszący biust. Albo tamta, tleniona blondynka z olbrzymimi oczami. Jej nogi, szczupłe i długie, okrywała krótka spódniczka. Wszystkie skrupulatnie pisały, wzrok wbity w zeszyty A4, długopisy ściskane w delikatnych palcach.

Był jednak wyjątek. W pierwszym rzędzie, zaraz przed katedrą, siedziała niewysoka dziewczyna. Długie rudoblond loki spływały na smukłe ramiona. Nie była ani ładna, ani brzydka, na pewno atrakcyjna w jakiś ciekawy sposób. Jednak najbardziej intrygujące były jej poza i zachowanie. Bardzo blade ręce, niemal białe, prawie jak śnieg za oknem, położyła na pustym blacie przed sobą. Żadnego zeszytu, różowego piórnika, modnej torebki, dosłownie nic. Wpatrywała się w Jerzego Sztoma, nie tyle wpatrywała zresztą, co wbijała wzrok, podnosząc nieco wyniośle twarz. Równie bladą jak dłonie. Ułożenie rąk, mocno zaciśnięte usta, wyraz pogardy w zielonych oczach, wszystko to było niespotykane, niezwykłe i prowokujące, jak irokez u bywalca filharmonii. Nieco zbity z tropu wykładowca kontynuował:

– Według etnografów i historyków jednym z najstarszych wierzeń w fantastyczne istoty powracające zza grobu była wiara w strzygi. Jednak na to, iż było to kolejne zapożyczenie, wskazuje sama nazwa istoty. Według badań Aleksandra Brücknera to, co Słowianie nazywali strzygą, pochodzi bezpośrednio od rzymskiego strix. A więc kobiecego demona o ptasich szponach, który żywił się krwią. I to najprawdopodobniej od nich przejęliśmy tego typu postaci, nadając im później nieco bardziej swojskie nazwy, właśnie jak upiór…

W tym momencie stało się coś, co nie zdarzyło się na wykładach doktora Jerzego Sztoma nigdy wcześniej. Niewysoka dziewczyna o intrygującej urodzie, zielonych oczach i bladych dłoniach, wstała i wyszła. Gwałtownie, krzesło zaskrzypiało nie przyjemnie szorując po kafelkach podłogi. Niedyskretnie, szpilki stukały głośno, konkurując z monotonnym głosem wykładowcy. Tak po prostu, wstała i wyszła, zupełnie się tym nie krygując. Żadnego „przepraszam”, żadnej skruszonej miny. Tak jakby nie robiła nic niestosownego.

– Przepraszam… proszę pani… czy mogłabyś. – Żadnej reakcji, dziewczyna kompletnie zignorowała Sztoma. Przeszła całą salę nawet nie zwalniając kroku. Po prostu wyszła. Trzasnęły drzwi, pociągnięte wściekłym ruchem.

Prowokacja, chamska prowokacja, nie można tego inaczej określić. Doktor Jerzy Sztom nie puści tego płazem. Zapamiętał pełną pogardy twarz.

Zielonookiej prowokatorki nie było na trzecim roku Turystyki. Czwarty z kolei dzień przeglądania plików, i nic. Sztom, jako członek senatu uczelni, miał ze swojego mieszkania dostęp do systemów informatycznych szkoły, w tym do zdigitalizowanych danych studentów. Dla niego, rzecz jasna, nie liczyły się ani informacje o miejscu zamieszkania, ani wyniki egzaminów, lecz zdjęcia. Było to bardzo pomocne w wyborze kandydatek na zaliczenia ustne w hotelu Ambasador. Teraz ważniejsze jednak było zidentyfikowanie tej gówniary. Nie znalazł jej wśród studentów, którzy powinni być na tym wykładzie. Doktor był jednak pewien, że już ją wcześniej widział. Wyraziste oczy o rzadkiej barwie, gęste włosy, charakterystyczna twarz. Poznałby ją nawet na niewielkiej fotografii z akt osobowych. Gdyby, oczywiście, była na liście studentów.

Nieważne, zajmie się tym później. Na biurku obok komputera leżała sterta kolokwiów. Sztom przeglądając dane z uczelnianych serwerów wybrał nazwiska dziesięciu dziewczyn, które na pewno obleją kolokwium. Gdy skończy je odpytywać na poprawce, oznajmi, że nic nie umieją… ale można to załatwić inaczej. Wie pani, tak bardziej przyjemnie, kameralnie. Sam na sam jak teraz, tylko przy winie i o późniejszej porze. Rozumie pani co mam na myśli? I przy tej rozmowie nie będzie nawet ukrywał dwuznacznego uśmieszku. Pierwsza z dziewczyn wścieknie się i wyjdzie oburzona. Druga uśmiechnie się głupio i do końca będzie udawać, że nie wie o co chodzi. I dopiero trzecia, mniej lub bardziej chętnie, zapyta się: gdzie? Tak to jest, jedna na trzy.

Sztom czasem jednak miał poczucie winy, nie dlatego, że zaciągał studentki do łóżka, ani nie dlatego, że nie wszystkie potem dostawały zaliczenie. Jego wyrzuty sumienia, rzadkie jak u zawodowego złodzieja, wiązały się z tą cholerną satysfakcją, gdy najbardziej pechowym idiotkom w twarz mówił, że i tak nie zaliczą. Trzeba było się bardziej starać. Trzeba było ubrać coś porządnego, jak zostajesz u faceta na noc, to nie wkładasz na dupę tego worka na ziemniaki. Trzeba było się dokładnie wygolić, te kłaki są obrzydliwe. A teraz przestań beczeć, ubieraj się i wynocha. Potem będzie satysfakcja, podła i piekąca, jak radość małego dziecka które zniszczyło ulubioną lalkę. Potem będzie poczucie winy, krótkie oraz ulotne, dodające tylko smaku całemu rytuałowi. A potem będzie następna dziewczyna.

Niektóre później próbowały coś wskórać. Przychodziły, straszyły, płakały, błagały. Upokorzone i przerażone groziły, że pójdą do prasy albo podetną sobie żyły. Tak? Proszę bardzo, idź i powiedz do gazety, że puściłaś się za trzy z etnografii. Nie ma sprawy, jak jesteś na tyle głupia, żeby dać się wydymać, to będziesz za głupia, aby skutecznie się targnąć na życie. A teraz wynocha. To skutkowało, zawsze.

Wychodziły, i nie wracały więcej. Sztom potem nigdy już ich nie widział.

Doktor wstał od biurka, i podszedł do barku przy oknie. W środku czekała na niego Metaxa w dostojnej butelce. Trunek wypełnił do połowy szklankę, dwie kostki lodu zagrzechotały cicho, poruszone brązową cieczą. Alkohol był upominkiem dyskretnie wręczonym przez chłopaków z drugiego roku archiwistyki. Kretyni nawet nie pomyśleli, że taki podarunek może obdarowanego tylko obrazić. To co, oni sądzą że nie stać go na drogie alkohole? Ale dobrze, trzeba docenić szczerość i pokorę. Po za tym faktycznie, 12-gwiazdkowa Metaxa bardzo odpowiadała gustom Sztoma.

Wolno popijał cierpki i palący w smaku trunek, patrząc przez okno. Zima trzymała świat za grubą szybą w ciągłej, białej stagnacji. Dni zmieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a za oknem tylko ta biel, przebijająca się przez ciemność długich nocy. Lato czy wiosna w Bieszczadach były piękne, obłędna zieleń, światło i ciepła woda Sanu. Zima natomiast to niekończąca się ponurość. Męcząca pora roku. Doktor odstawił na parapet pustą szklankę i odwrócił się do biurka.

Coś było nie tak. Ktoś. Ktoś tu był, doktor Jerzy Sztom nie był sam w swoim gabinecie w mieszkaniu.

Pokój oświetlała jedynie nocna lampka stojąca na biurku obok komputera. Światło 60-watowej żarówki ograniczał bordowy abażur, pod którym rozlała się jasna plama. Reszta przestrzeni była jedynie rozjaśniona, ściany i kąty pokoju, rogi mebli, fałdy zasłon, krawędzie sufitu oblepiły cienie. W niektórych miejscach przechodziły w półmrok o nieokreślonych granicach. Cienie, półmrok, miejsca słabo oświetlone – tak, jak najbardziej, to przecież normalne. Ale ciemność, która wrzała w kącie naprzeciwko biurka nie była normalna. I w tej ciemności ktoś był. Postać, niewyraźna ale realna.

Sztom podszedł kilka kroków, nie wierząc samemu sobie. Nie czuł strachu, jedynie silne zdziwienie. Gdy był już w stanie rozpoznać szczegóły postaci, również nie poczuł strachu, zaskoczenie od razu przeszło w obezwładniającą, bezmyślną grozę.

Na białym ciele nagiej kobiety rozkwitły już plamy procesów gnilnych. Zielonkawo-brunatne przebarwienia najwyraźniejsze były na podbrzuszu. W niektórych miejscach skóra przybierała nieco żółtawy odcień. Przypominała stary pergamin, eksponat muzealny, zdjęcie w podręczniku do historii. Zamiast dłoni z nadgarstków wyrastały gigantyczne szpony, zakrzywione i idealnie czarne, odbijające w gładkiej powierzchni światło lampki. Na smukłe ramiona spływały rudoblond loki.

Tyle doktor Jerzy Sztom mógł dostrzec, zanim potwór ruszył w jego kierunku.

Szpony okazały się nie tylko ostre, kryła się w nich nieludzka siła. Stwór bez wysiłku złapał swoją ofiarę za kark. Podniósł, i powlókł w kierunku regału z książkami. Jak szmacianą lalkę, jak strzęp zeszłotygodniowej gazety porwanej przez wiatr. Końcówki pazurów wbijały się w ciało, po skórze rozbiegły się stróżki krwi.

– Boże… Boże… – Sztom nie próbował się bronić. Ból, smród dochodzący z pyska stworzenia, mocny uścisk na krtani były doświadczeniami bardzo realnymi. To nie mogła być halucynacja, sen ani pomyłka. Zbyt boleśnie, zbyt mocno.

Potwór bez żadnego wysiłku rzucił Sztoma na regał. Plecy uderzyły w krawędzie półek, na wykładowcę posypały się tomy i woluminy. To koniec, to musiał być już koniec, stwór z najgorszych koszmarów zaraz rozszarpie go na strzępy. Nic takiego jednak się nie stało. Potwór pochylił się nad mężczyzną i jeszcze raz pochwycił w szpony. Potem bardzo wolno podniósł, tak że stopy wykładowcy uniosły się w powietrze.

Usta istoty były pokrzywioną, asymetryczną dziurą. Wewnątrz wyrastały same siekacze, długie i żółte, ostre i mocne. Pod siną skórą, między poczerniałymi wargami a oczodołami, rysowały się wydatne kości policzkowe. W centrum groteskowej twarzy tkwiły zielone oczy, piękne i hipnotyzujące. Okrutne, przepełnione okrucieństwem bardzo starym i nieludzkim.

Przerażenie nie pozwalało Sztomowi na jakiekolwiek racjonalne zachowanie. Jego psychika rozsypywała się w chaotyczną mozaikę, w której instynkt samozachowawczy nakazywał się bronić, a zwierzęcy strach przed potwornością obronę uniemożliwiał. Pomimo tego, w zdewastowanym umyśle doktora pojawiła się sensowna myśl: ona chce aby się jej dokładnie przyjrzeć. Aby zobaczyć, że jest stara, bardzo stara i że była tu…

Potwór zacisnął szpony na policzkach mężczyzny, zmusił do otwarcia ust. Następnie odwrócił swoją twarz w stronę regału. Szukał czegoś, pazury prawej ręki odrzucały kolejne tomy. Po kilku sekundach pojawiła się w nich niewielka książka w czerwonej okładce. Została wyrwana z niej jedna kartka, pożółkły papier, zręcznie zmięty w dużą kulę, potwór wepchnął bardzo głęboko w gardło Sztoma. Doktor dławił się, obce ciało w przełyku oraz odór gnijącego mięsa wywoływały odruch wymiotny.

Dopiero w tym momencie psychika wykładowcy rozsypała się ostatecznie. Ciało zareagowało nieświadomym wypróżnieniem i głośnym wyciem. Umysł nie miał kontroli nad zwieraczami ani nad głosem. Potwór odchodził w ciemność, rozpłynął się w niej, wsiąkł w nią, odprowadzony piskliwym wrzaskiem Sztoma.

Dopiero nad ranem był w stanie zmienić ubranie. Gdy ściągał zabrudzone spodnie, rozpłakał się. Siedział skulony w łazience, z głową schowaną w ramionach. Bal się podnieść wzrok, sama myśl, że mógłby wejść do pokoju, napawała go przerażeniem. Tak zastał go ranek. Ktoś dzwonił do drzwi, telefon komórkowy odezwał się kilkukrotnie.

Dopiero drugiego dnia zaczął sprzątać. W jasnym świetle zimowego i słonecznego dnia horror sprzed dwóch dni wydawał się absurdem. Pozostały tylko niepokojące, ale pozbawione grozy ślady. Porozrzucane meble, pomięta, mokra od śliny kartka. Pojawiły się pytania. Wątpliwości. Halucynacja? Choroba psychiczna? Sen? A może faktycznie upiory istnieją.

Nie istnieją. To był wniosek z dnia trzeciego. Halucynacja albo choroba psychiczna, trudno. Sam porozwalał książki, sam sobie wepchnął wydartą kartkę do gardła. Jak objawy będą się powtarzać, poszuka pomocy u specjalisty. Tego dnia otrzymał też kolejny telefon z uczelni. Czy może pan wyjaśnić nieobecność? Tak, rozumiem. Czy będzie pan w stanie być dzisiaj na wykładzie dla trzeciego roku turystyki? Tak, dziękuję.

Nie czuł się dobrze jadąc przez miasto spacyfikowane zimą i nocą. Sztomowi wydawało się, iż latarnie świeciły słabiej niż przedtem. Opatuleni ludzie jakby stracili twarze. Wszystko skute lodem, wszystko bez światła. Czy właśnie tym jest szaleństwo? Ciągłym przypatrywaniem się tym samym, dobrze znanym rzeczom, tak aby za każdym razem znaleźć coś groźniejszego i innego?

Doktor spóźnił się na wykład. Aula była już zapełniona studentami. Przerwali rozmowy gdy wszedł, szybko zajęli miejsca.

– Dobrze, proszę państwa. Przykro mi, nie poprawiłem jeszcze wszystkich kolokwiów. Uniemożliwiły mi to… kwestie zdrowotne. Postaram się to zrobić na dniach, najwyżej przyjdę na dodatkowy dyżur. Dzisiaj dokończymy materiał jaki obowiązuje państwa w tym semestrze, będzie to etnobotanika rejonu Karpat.

Otworzyli zeszyty, wzięli w ręce długopisy. Zajęcia powinny potoczyć się swoim rutynowym tokiem, on mówi, oni notują.

Schemat, według którego powinien potoczyć się wykład, został jednak przerwany już po kilku minutach. Sztom miał właśnie mówić o symbolice roślinnych ornamentów ozdabiających nagrobki, gdy drzwi do auli otworzyły się.

Ona chciała na siebie zwrócić uwagę. Zademonstrować, że nie boi się i że to on ma się bać. Autorytet katedry, respekt jaki budziła perspektywa rychłego egzaminu, opinia największego skurwysyna na uczelni legła w gruzach w ciągu milisekund, bo przecież otwarcie drzwi nie trwa dłużej. Wystarczyło, że niewysoka dziewczyna o blondrudych lokach wtargnęła na wykład.

Szła patrząc Sztomowi prosto w oczy. Zajęła miejsce jak poprzednio, w pierwszym rzędzie. Na blacie stołu położyła książkę w czerwonej oprawie. Wykładowca mógł dostrzec, iż na okładce widnieje zaciśnięta dłoń z długimi pazurami i wyprostowanym wskazującym palcem. Sztom doskonale znał tę pozycję, podstawową z dziedziny etnografii, folklorystyki oraz ludowej demonologii.

– Panie doktorze, proszę kontynuować. Jak rozumiem, dokańcza pan omawianie zagadnień związanych z pochodzeniem wierzeń w upiory u Słowian. Bo chyba zaszły pewne nieporumienienia poprzednio… – Dziewczyna miała miły głos, wypełniony jadowitą słodyczą.

Zebrani studenci nawet nie kryli swojego zdziwienia. Przerwanie Sztomowi wykładu oraz zakwestionowanie tego co mówił, było rażącym naruszeniem porządku rzeczy. Bezczelnym, a więc ciekawym.

– Proszę pani… ja nie wiem… pani…

– Pani Magdo. Wie pan, panie doktorze. Z pewnością mnie pan pamięta. Kilka lat temu uczęszczałam na pana wykłady.

Nie pamiętał, aż do teraz. Nie pamiętał, bo przecież nie była nikim ważnym, nikim szczególnym. W tamtej jednak chwili, pod ciężarem zielonych oczu należących do istoty dużo starszej, niż wskazywałoby na to młode ciało, te nieistotne szczegóły powróciły. Zima, cztery lata wcześniej. Noc w hotelu, obfite włosy łonowe. Płacz i przekleństwa. Klepsydra. Zginęła śmiercią tragiczną. Dziekan nie zezwolił na godziny wolne od zajęć, aby jej rok mógł pójść na pogrzeb. Skandal był uczelni niepotrzebny, najlepiej było przejść do porządku dziennego nad samobójczą śmiercią kiepskiej studentki. Wszyscy szybko zapomnieli.

Aż do teraz. Dlaczego właśnie teraz?

– Panie doktorze, z tego co wiem miał pan wyjaśnić pewne nieporozumienie, prawda? – Białe palce otworzyły książkę. Sztom wiedział na której stronie. Smak starej celulozy w przełyku, smród ekskrementów w mieszkaniu. Zapewne nigdy już tego nie zapomni.

Upiory jednak istnieją, i zawsze czegoś chcą. Doktor domyślił się czego w tym akurat przypadku.

– Dziękuję Pani Magdo. Faktycznie, proszę państwa, zaszło pewne nieporumienienie. – Nadzieja i zrozumienie pozwoliły Sztomowi odzyskać pewność siebie. Młodzi ludzie, którzy znajdowali się z nim na sali, musieli to zauważyć. Szepty ucichły, kpiące spojrzenia wbiły się w notatniki i zeszyty. – I dzięki zwróceniu mi uwagi przez państwa starszą koleżankę mogę to wyjaśnić. Na poprzednim wykładzie powiedziałem państwu, że wiara w nadprzyrodzone istoty powracające po śmierci do żywych została przejęta przez Słowian od innych ludów. Otóż dużo wskazuje na to, że mogło być zupełnie inaczej. Tezę taką już trzydzieści lat temu postawił profesor Bohdan Baranowski. Uważał on, że jedną z dróg rozprzestrzeniania się tego rodzaju wierzeń był handel żywym towarem w średniowieczu. Kobiety były traktowane jak przedmiot, porywane i sprzedawane w niewolę. Słowianki były cenione nie tylko jako nałożnice, lecz również jako mamki dla dzieci. Opiekując się dziatwą na zachodzie, strasznych opowieści używały jako środka pedagogicznego i prawdopodobnie to właśnie tu, na naszych terenach pojawiły się w ludowej demonologii istoty, które w masowej wyobraźni przetrwały w niezliczonych książkach i filmach grozy…

I nie tylko. Tylko dlaczego teraz wróciła? A nie dwa lub trzy lata temu? Sztom zrobił pauzę, upił łyk z butelki. Miał nadzieję, że nikt nie zauważył, jak drżą mu ręce. Ona oczywiście zauważyła, zielone oczy ciągle się w niego wpatrywały.

– Panie doktorze, a jak jest z badaniami etnograficznymi dotyczącymi wierzeń demonologicznych? Pańska katedra tym się nie zajmuje?

A więc o to jej chodzi, tak? Sztom już wiedział: upiory jednak istnieją, i zawsze czegoś chcą. Jednak nie zawsze jest to zemsta.

– Oczywiście pani Magdo. Dwa tygodnie temu wpłynął wniosek do władz uczelni o przeprowadzenie projektu badawczego przez trzech młodych pracowników naukowych naszej katedry. Projekt ma dotyczyć wpływu wierzeń łemkowskich, bojkowskich oraz innych, dawniejszych kultur bieszczadzkich na ludy ościenne. Przyznam się szczerze, że byłem początkowo bardzo sceptyczny… Jako członek senatu miałem zaopiniować wniosek negatywnie… Ale po… dogłębniej… lekturze prac profesora Baranowskiego uznałem, że to może być temat bardzo intrygujący. I zmieniłem zdanie.

Siedziała w pierwszej ławce, tak więc tylko doktor Jerzy Sztom mógł zobaczyć rząd długich siekaczy. Uśmiech strzygi, dla niego ostrzeżenie, dla niej znak triumfu.

– Co więcej, proszę państwa, mam zamiar objąć kierownictwo nad tym projektem. Uważam, że jego owoce mogą być dla etnografii, kulturoznawstwa czy nawet historii literatury ekscytujące. Z pewnością, na wyniki tych badań trzeba będzie poczekać. Trzeba będzie robić wywiady, poszukiwać źródeł, konieczne będzie założenie szeregu stanowisk archeologicznych. Trochę to potrwa, ale czas zainwestowany w te badania opłaci się.

Zemsta nie jest najważniejsza. Gdyby była, Sztom już byłby martwy. Póki upory nie dostaną tego, co dla nich jest najważniejsze, zemsta musi poczekać.

Kategorie: Tea Time