kot

"Pokłosie" – Jarosław Turowski, "Cierniowy Dwór" [fragment]

10.03.2015

***

Tracey dziobała od niechcenia owsiankę i obserwowała krzątającego się po kuchni Colina. Spóźniał się z wyjazdem do pracy – akurat tego dnia!

Pijacki maraton odcisnął wyraźne piętno na twarzy mężczyzny. Skóra zdawała się o kilka odcieni ciemniejsza, po białkach oczu rozlewała się niepokojąca czerwień, a włosy posiwiały na skroniach.

– Na co się tak gapisz? – warknął, mocując się z zamknięciem termosu.

Spuściła wzrok, nagle zainteresowana papkowatą zawartością talerza. Kątem oka dostrzegła drżącą dłoń zagarniającą z blatu kluczyki. Chwilę później trzasnęły drzwi.

Odczekała, aż na zewnątrz rozbrzmi jazgot chevy’ego, potem nasłuchiwała odjazdu, a gdy zaległa cisza, policzyła w myślach do sześćdziesięciu. Dopiero wtedy podbiegła do kontaktu i zgasiła światło. Kiedy wyjrzała przez okno, ujrzała tylko ciemność. Odetchnęła.

Nastał czas działania. Wreszcie, po niekończących się tygodniach bezustannego strachu, wściekłości i smutku nadeszła ta chwila… Myśl uderzyła Tracey tak mocno, że przez chwilę zabrakło jej oddechu. Uderzyła się obiema dłońmi w policzki i pognała na piętro.

Kiedy włączyła światło w sypialni chorej, mama spała. Obudziwszy się, potoczyła wkoło półprzytomnym wzrokiem, mrużąc powieki przed blaskiem żarówki i zabulgotała coś niezrozumiale. Twarz, zmarszczona jakby w karykaturze zdziwienia, przypominała wyschnięte warzywo i była kredowo biała. Tak jak Colin, tak i Liz wyglądała na wykończoną zdarzeniami tej jesieni – krucha niby wykonana z papieru, bez grama tłuszczu i z szerokimi pasmami barwy popiołu we włosach. Wyglądała, jakby jedną nogą odeszła już do krainy zmarłych, a jednak Tracey potrafiła dostrzec w niej dawne piękno; odszukać kobietę zagubioną w chorobie, matkę, której tak bardzo dziewczynce brakowało. Widziała jej przebłyski pomimo przywodzących na myśl bajkową harpię krogulczych szponów. Pomimo fałd skóry marszczącej się na chudej szyi. Pomimo atramentowych odleżyn przezierających spod zadartej nocnej koszuli.

Liz artykułowała pozbawione sensu sylaby niczym gaworzący niemowlak, ale Tracey wiedziała, że nie może sobie w tej chwili zawracać tym głowy. Było to na swój sposób brutalne, ale teraz liczyło się tylko to, by znaleźć się jak najdalej od domu. Na wyjaśnienia przyjdzie pora później. O ile w ogóle uda się cokolwiek wyjaśnić…

Wyciągnęła zza szafy wózek inwalidzki, jaki dostali od opieki społecznej. Stary gruchot niewyposażony nawet w pasy bezpieczeństwa. Pojazd nie mógł być używany więcej niż dwa, góra trzy razy – Liz wegetowała większość jesieni w sypialni. Dziewczyna rozłożyła konstrukcję wprawnym ruchem, uznając, że fotel na kółkach, pozbawiony zbędnych akcesoriów, jest całkiem lekki – chociaż z mamą w siedzisku zapewne stanie się ciężki, tak jak przewidywała to Debbie. Pchnęła pojazd koło łóżka i zawiesiła na rączkach swój szkolny plecak, w którym znajdowała się już latarka, rewolwer i inne niezbędne przedmioty (wcześniej uzgodnili, że jedzeniem zajmie się Chris). Bez większego namysłu dorzuciła jeszcze paczkę pieluch oraz opakowania z najróżniejszymi lekami i zastrzykami dla mamy. Wątpiła, by miała odwagę poczęstować rodzicielkę czymkolwiek mocniejszym od aspiryny, żeby nie zrobić jej nieroztropnie krzywdy, ale zdawała też sobie sprawę, iż powrót nie wchodzi w grę. Czego zapomni spakować teraz, to po prostu przepadnie…

Przeniesienie matki na wózek zajęło Tracey sporo czasu, ale w gruncie rzeczy okazało się łatwiejsze niż przypuszczała. Liz wydawała się bardzo zaspana, nie krzyczała i poddawała się machinacjom córki bez żadnego sprzeciwu. Kiedy wreszcie po serii krótkich, taktycznych przesunięć zajęła miejsce w wózku, opuściła głowę na pierś, a głęboki oddech wskazywał, że za chwilę na powrót zaśnie.

Tracey nie chciała zwracać na siebie uwagi żadnymi hałasami, więc uznała taki obrót sprawy za niezwykle pomyślny. Dopchała mamę do szczytu schodów prowadzących na parter.

Zbiegła na dół i wróciła z paskiem od spodni Colina. Czując obrzydzenie do własnej osoby, przywiązała mamę do wózka. Liz mruknęła pod nosem, ale nie otworzyła nawet oczu.

Tracey przełknęła ślinę i spojrzała ponownie na schody. Z tej perspektywy, trzymając przed sobą fotel z umierającą matką, miała wrażenie, że są one nieskończenie wysokie, strome i niebezpieczne. Zadudniło jej w uszach od adrenaliny, ale nacisnęła na rączki i postawiła pojazd na tylnych kołach. Potem pchnęła do przodu…

Liz obudziła się już na pierwszym stopniu. Zaczęła krzyczeć, a Tracey wiedziała aż nazbyt dobrze, że jest to wrzask skrajnego przerażenia. Starała się mówić uspokajające słowa, ale zestresowała się tak bardzo, że sama właściwie nie rozumiała, co wygaduje. Każdy krok przynosił cierpienie i paraliżujący strach. Czy zdoła utrzymać wózek, czy ten stoczy się na sam dół, a mama połamie kręgosłup? Nie czuła łydek ani pleców, cały świat skupił się w rozciąganych rękach i palących bólem nadgarstkach. Oraz schodach – przerażającym tunelu zjeżdżającym, zdawałoby się, do samego piekła.

Przeklinała się za własną głupotę, widząc przed oczami niemal realny obraz matki leżącej w kałuży krwi na dole. Była już kompletnie pozbawiona sił, a zdołała spuścić wózek ledwie cztery stopnie!

Wtedy usłyszała:

– Co tu się, do chuja, wyrabia?!

***

Kategorie: Pokłosie Fragment