kot

"Pokłosie" – Juliusz Wojciechowicz, "Świniak" [fragment]

08.03.2015

Jego twarz była tak blada, że przypominała pośmiertną maskę. Właściwie Michał cały wyglądał jak świeżo przypudrowany trup – ściągnięte sztywno ramiona, zaciśnięte w kułak pięści, rysy twarzy zastygłe w stężonym grymasie, niczym wyryte w nagrobkowym granicie. Tylko oczy płonęły ogniem szaleństwa, zdawały się napędzać ciało owładnięte postępującym rigor mortis.

– Gdzie on, kurwa, jest?! – Kolejny sierpowy wylądował na szczęce przywiązanego do krzesła mężczyzny. – Gdzie go ukryłeś, chuju złamany?!

Tym razem coś głośno chrupnęło, gdy następny cios dosięgnął żuchwy unieruchomionego nieszczęśnika; ten zawył, szarpnął się rozpaczliwie, mobilizując wszystkie mięśnie. Konopny sznurek tylko mocniej wżarł się w nadgarstki.

Co najmniej od godziny nie czuł nóg, choć obie zostały wielokrotnie złamane. Jedynie kości piszczeli,sterczące z otwartych ran, i krwawy młotek rzucony niedbale na betonową posadzkę świadczyły o bezwzględności przesłuchania.

– Nie wiem, nie pamię… – Szybki prosty mlasnął nieprzyjemnie, zamieniając nos ofiary w krwawy ochłap; dwie leniwe strużki wypełzły ze zmiażdżonych nozdrzy i ściekały buraczaną czerwienią po podbródku.

– Lucek, na litość boską, gdzie on jest? Gdzie jest świniak?

Mężczyzna splunął kawałkami ukruszonych zębów i krzywiąc się z bólu, zerknął w stronę oprawcy jedynym okiem, któremu opuchlizna pozwalała jeszcze coś widzieć. Nie mógł zrozumieć, co stało się z Michałem, co uczyniło zeń psychopatycznego sadystę. Przecież kiedyś byli przyjaciółmi, braćmi krwi, najlepszymi kumplami. W najgorszych snach nie spodziewał się, że swoje czterdzieste urodziny spędzi w zatęchłej piwnicy, katowany przez druha sprzed lat. Owszem, był przygotowany, że temat świniaka kiedyś wypłynie, że ktoś odkopie to, co powinno zostać zakopane na wieki, przypomni o tym, co powinno na zawsze zostać pogrzebane w niepamięci. Ale nie w ten sposób, nie rękoma kolegi, z którym nie utrzymywał kontaktów od tamtego pamiętnego lata.

A lipiec 1987 roku był nadzwyczaj upalny…

***

– Luuuceeek! Luuuceeek!!!

Na bujnie zarośniętym osiedlowym trawniku, zadzierając potarganą do granic możliwości czuprynę, Michał wydzierał się w sposób, w jaki tylko on potrafił – głosem cienkim i ostrym jak brzytwa, który przy odrobinie zaangażowania przechodził w histeryczny falset,zdolny przebić najgrubsze żelbetowe płyty i najszczelniej zamknięte okna.

– Zamknij jadaczkę, matka śpi! – Wystraszona, uzbrojona w wielkie okulary twarz wypełniła szparę uchylonego na pierwszym piętrze okna. – Zaraz zejdę!

Hasło „matka śpi” było hasłem uniwersalnym, oznaczającym dwie możliwości: albo mama Lucka rzeczywiście ucinała sobie drzemkę po kilku głębszych, albo właśnie gościła kolejnego „wujka”, dzięki hojności którego jutro na śniadanie będzie ser żółty na kanapki, półlitrówka dla mamy, a nawet kieszonkowe na oranżadę i gumy „donaldówki” dla Lucka. Tak czy inaczej,Michał natychmiast zamilkł, machnął ręką w umówionym geście „przyjąłem, bez odbioru” i mrucząc pod nosem „klawo jak cholera”, przedzierał się przez gęstą trawę w stronę klatek schodowych. Doskonale wiedział, że kolejne nawoływania odbiją się na wiecznie bladej twarzy kolegi czerwonymi podbiegnięciami, krwistymi pręgami na plecach lub, co najgorsze, zakazem wychodzenia z domu. A przecież nie mogli odpuścić sobie wspólnej wyprawy „na tory”. Ponoć Gelo odkrył złoża ukrytego w plastikowych beczkach złota, gdzieś przy hałdach koksu pobliskiej elektrociepłowni. A Gelo, choć lubił koloryzować i opowiadać historie szyte grubymi jak on sam nićmi, tym razem wydawał się zbyt przejęty znaleziskiem, by podejrzewać go o kłamstwo.

Klawo jak cholera – wymamrotał w myślach Michał i, nonszalancko oparty o betonowy murek, z niecierpliwością oczekiwał Lucka.

Lucek przymknął okno i, najciszej jak potrafił, przemknął z pokoju balkonowego do wąskiego, dusznego przedpokoju. Przystanął na chwilę przy drzwiach do matczynej sypialni, skąd wciąż dobiegały miarowe posapywania w takt pojękiwań wersalkowych sprężyn. Mama ewidentnie „spała”, a skarpetkowy odór, wypełniający niemal całe mieszkanie,wskazywał na wspólne leżakowanie z wujkiem Edkiem. Edek pracował w administracji, regularnie przychodził sprawdzać stan techniczny spółdzielczych lokali, często jednak nie ograniczał się wyłącznie do kontroli hydrauliczno-gazowej, ku uciesze samotnych żon, wyposzczonych studentek bądź samotnych matek, które musiały pogodzić zaspokajanie alkoholowego nałogu z powinnościami wychowawczymi względem swoich dzieci. Edek nie był złym facetem i zawsze przynosił różne łakocie, ale Lucek nigdy nie potrafił przełknąć ani jednej czerwonej landrynki czy twardego jak skała toffi, wydobytych sękatą dłonią z przepastnych kieszeni roboczych drelichów. Każdy cukierek wydawał się przesiąknięty wonią przepoconych skarpet. Mimo wszystko chłopak zawsze grzecznie przyjmował podarunek. Torebka cukierków sprawdzała się zazwyczaj jako karta przetargowa w kumpelskich negocjacjach, wymianie „historyjek” – drukowanych minikomiksów z gum balonowych, a nawet jako czasowy bilet na przejażdżkę prawdziwym BMX-em. Gruby Gelo przepadał za landrynkami i chętnie użyczał swego dwukołowca na kilka rundek wkoło bloku.

Teraz jednak najważniejszym zadaniem było wydostanie się cichaczem na dwór. Bezszelestne nałożenie dziurawych trampek, przewieszenie przez szyję sznurowadła z przypiętym kluczem od domu, wyjęcie procy – haczykówki z tajnej kryjówki pod szafką na buty i dyskretne zamknięcie za sobą drzwi. Potem szaleńczy bieg po dwa stopnie w dół i wyskok z paszczy klatki schodowej wprost w objęcia letniego upału.

(...)

Kategorie: Pokłosie Fragment