kot

"Pokłosie" – Kacper Kotulak, "Death metal" [fragment]

12.03.2015

***

Cecil Boyd, na co dzień właściciel lombardu, siedział za ladą rozparty na plastikowym krześle i bawił się rewolwerem Smith & Wesson. W miejscu takim jak to broń była równie oczywistym elementem wyposażenia, co sam Cecil Boyd. Klienci stanowczo zbyt często usiłowali odzyskać zastawione dobra za pomocą noża lub kija baseballowego. Równie często pojawiali się jegomoście, którzy używając podobnych środków perswazji, usiłowali pozyskać dobra, których wcale nie zastawiali.

Ale Cecil wcale nie myślał o tym. Nie myślał nawet o szczeniaku, który poprzedniego popołudnia chciał „wykupić” wszystkie pierścionki, które Boyd miał na stanie. Myśli lichwiarza zajmowało zupełnie coś innego – czarny B.C. Rich stojący bezproduktywnie na wystawie od ponad miesiąca. Zazwyczaj co dwa, trzy, maksymalnie cztery tygodnie znajdował nowego nabywcę, by po kilku dniach wrócić do starego Cecila. Oczywiście takie powroty każdorazowo dawały mu kilka dolarów zysku. Boydowi jeszcze nie zdarzyło się oddać więcej niż jedną trzecią sumy, za jaką wcześniej sprzedał instrument. Miał przynajmniej tyle przyzwoitości, że jeśli udało mu się odkupić instrument dużo taniej (to znaczy jeszcze taniej niż zwykle), obniżał nową cenę o pięć, czasem dziesięć dolarów. Na dobrą sprawę mógł za każdym razem schodzić nawet po dwadzieścia dolarów, a i tak zarabiałby na tej gitarze więcej niż na czymkolwiek innym. Oczywiście wiedział, że przyjdzie taki moment, kiedy cena osiągnie granicę krytyczną, ale wystarczy tylko rozsądnie gospodarować obniżkami… W końcu najważniejsze, żeby się kręciło.

Dźwięk dzwonka przy drzwiach sprawił, że gwałtownie wyrwany z zadumy handlarz prawie odstrzelił sobie dłoń. Boyd delikatnie odłożył rewolwer na miejsce.

Do lokalu weszła chuda, przygarbiona postać. Czyżby kolejny entuzjasta alternatywnych form płatności? Cecil dźwignął się z krzesła, poprawiając dłonią rzadkie resztki fryzury i obrzucił klienta badawczym spojrzeniem. Włosy do połowy pleców, wytarte dżinsy i bluza z emblematem jednej z tych hałaśliwych, heavymetalowych grup. To był niewątpliwie ten, na którego czekał z rosnącą niecierpliwością – klient na nieszczęsną, sześciostrunową femme fatale.

– Interesuje mnie gitara… – wybąkał chłopak.

Tak jest! Cecil poczuł radość wymieszaną z poczuciem ulgi, rozlewającą się po wnętrznościach. Ale nic nie powiedział – nie był w końcu żółtodziobem. Zachował spokój i spojrzał na chłopaka beznamiętno-pytającym spojrzeniem. Takim wzrokiem patrzą na klientów zmęczone życiem żony właścicieli stacji benzynowych przy mniej uczęszczanych drogach międzystanowych i nastolatkowie, którym rodzice każą zapracować na tygodniówkę w rodzinnym sklepie. Cecil ten specyficzny wyraz twarzy wypracowywał latami.

– …ta z wystawy. B.C. Rich – kontynuował młody.

– Ach, Mockingbird, co? – Cecil pokiwał głową z wyrazem zrozumienia na twarzy. – Całkiem porządny sprzęt, muszę przyznać. Lita mahoniowa płyta, konstrukcja neck-through body. No i robiona w całości u nas, w Ameryce, nie żadne tajwańskie gówno. – Boyd na instrumentach nie znał się za cholerę. Z wszystkich niewątpliwych atutów gitary tylko ten ostatni coś mu mówił. Tekstów o mahoniu, litej płycie i tajemniczym neck-through body nauczył się od znajomego muzyka, który przed laty pomógł mu w wycenie, gdy B.C. Rich pojawił się w jego lombardzie po raz pierwszy.

– Jest uszkodzony?

– Co? Nie, dlaczego?

– Mogę? – Chłopak podszedł do wystawy i przejechał dłonią po gryfie. Widocznie nie miał zamiaru wierzyć sprzedawcy na słowo.

– Proszę bardzo.

Młody wziął gitarę. Uwadze Boyda nie mogło ujść, z jakim nabożnym szacunkiem to zrobił. Chyba znał się na rzeczy, bo odprawiał te same co wszyscy rytuały, mające na pewno jakiś głębszy sens, który jednak dla Cecila pozostawał tajemnicą: podnosił instrument, oglądał pod różnymi kątami, kręcił kluczami i potencjometrami…

– A jak z elektroniką? – zapytał chłopak, gdy skończył obdukcję.

– W najlepszym porządku.

– Ma pan jakiś wzmacniacz? I kawałek kabla?

Cecil teatralnie przewrócił oczami, ale zdjął z regału małego, dziesięciowatowego Marshalla. Po chwili z trzeszczącego, tranzystorowego pudełka popłynął głęboki, czysty dźwięk. Boyd, choć wiedział, że nic nie ma prawa nie działać, odetchnął z ulgą.

– Wygląda na to, że wszystko w porządku – mruknął chłopak. – Więc co jest z nią nie tak?

– A ja tam wiem… – zełgał Boyd, wzruszając ramionami. Z Mockingbirdem było coś nie tak i on doskonale o tym wiedział. Owo „coś nie tak” polegało na tym, że każdy nabywca po kilku dniach pojawiał się znowu, niemal błagając Boyda, by ten ponownie przyjął zastaw. A stary Cecil, korzystając z sytuacji, drapał się po głowie i mówił coś w stylu: Czy ja wiem…? Może za osiemdziesiąt… no, powiedzmy osiemdziesiąt pięć dolarów.

Każdy dotychczasowy posiadacz czarnego B.C. Richa zgadzał się z nieopisaną radością i biorąc od Boyda pieniądze, niemal całował go po rękach, nie zważając na to, że dwa albo trzy dni wcześniej zapłacił za instrument trzy razy tyle.

– To czemu jest taka tania?

– Boże. – Cecil wzniósł oczy, ku sufitowi, jakby tam właśnie spodziewał się znaleźć Stwórcę. – Drogo – pytają, czemu tak drogo. Tanio – czemu tak tanio. Zwariować można. Bierzesz, czy nie?

– Dobra, dobra, biorę. – Postawienie sprawy jasno w odpowiednim momencie zawsze działało najlepiej. Chłopak wyciągnął z kieszeni garść pomiętych banknotów i położył na ladzie dwóch Benjaminów Franklinów, Ulyssesa Granta i Alexandra Hamiltona. Boyd z radością włączył prezydentów do swej prywatnej kolekcji.

 ***

Kategorie: Pokłosie Fragment