kot

"Pokłosie" – Kacper Kotulak, "To nie TO!" [fragment]

06.03.2015

***

Od tamtego dnia podświadomy lęk stanowił nieodłączną część osobowości Antka. W obawie przed gniewem rodziców postanowił nikomu nie opowiadać tej historii. Złamał to postanowienie kilka dni po feralnym wieczorze, zwierzając się ze wszystkiego bratu.

Adam w przejawie starszo-braterskiej złośliwości od czasu do czasu podsycał strach brata, opowiadając mu, jak to klauny zakradają się w nocy do pokojów dzieci, chwytają je za wystające spod kołdry części ciała i już nie puszczają. Antek nikomu więcej nie opowiedział o swoich lękach. Miał siedem lat. Mama często mu powtarzała, że jest już dużym chłopcom. A dużym chłopcom nie przystawały takie głupie strachy.

Adam pozostał jedynym powiernikiem jego tajemnicy. Ale, chociaż był głupkiem podobnie jak wszyscy starsi bracia na świecie, nikomu by nie zdradził sekretu Antka. Głównie dlatego, że sam maczał palce w fobii juniora i mógłby nieźle dostać w skórę, gdyby rodzice się dowiedzieli o całej sprawie. Mama prawdopodobnie wciąż myślała, że jej młodszy synek uwielbia cyrk, tak jak w tym dniu, kiedy zaczął panicznie bać się klaunów.

Po jakimś czasie wszystko zaczęło się rozmywać w mglistych odmętach wspomnień. Ale o prawdziwym strachu nigdy do końca się nie zapomina i czasami, gdy Antek leżał już w łóżku, a wpadające przez okno blade światło księżyca wzbudzało do życia teatr upiornych cieni, przed oczy chłopca powracała pełna wściekłości mina wykrzywiająca uśmiechniętą, klaunią twarz w groteskowym grymasie.

Antek starał się pokrzepiać tymi samymi słowami, którymi uspokajała go matka, gdy przestraszył się pająka, szczura albo innego paskudztwa. „Nie ma się czego bać” – mówiła łagodnym, ale bardzo rzeczowym tonem – „on na pewno boi się ciebie bardziej niż ty jego”. To jednak nie bardzo chciało działać. Przerażająco zniekształcona twarz klauna wyrażała raczej wściekłość i nienawiść w najczystszym, pierwotnym przejawie, niż strach przed siedmioletnim chłopcem. Kiedy zawodziła matczyna linia obrony, Antek sięgał po stary, sprawdzony sposób – naciągał kołdrę na głowę i oddzielony od świata koszmarów bezpieczną warstwą pikowanego pierza, w końcu zasypiał.

Tym razem stanowczo poprzysiągł, że będzie dzielny i stawi czoła tym potworom z dużymi, czerwonymi nosami. Miał tylko nadzieję, że Adam zapomniał już o jego sekrecie i nie skorzysta z sytuacji do opowiedzenia jakichś nowych historii o klaunach ukrytych pod dziecięcymi łóżkami. Jeszcze nie wiedział, że wcale nie pójdą tego dnia do cyrku…

W końcu dotarł do upragnionych drzwi. Szkolna toaleta nie należała do najprzyjemniejszych miejsc – zdawało się, że mówi: rób, co musisz i wynocha. Pokrywające podłogę i dolne połowy ścian kafelki barwy szaro-zielono-brudnej przywodziły na myśl w najlepszym wypadku pleśń. Trupio-blade światło jarzeniówek rozwiewało ciemność jedynie w stopniu niezbędnym do załatwienia sprawy, w jakiej się przyszło. Całości dopełniał zapach charakterystyczny dla wszystkich szkolnych toalet na świecie.

Antek otworzył pobazgrane markerami drzwi pierwszej z brzegu kabiny i zesztywniał. Na zamkniętej muszli siedział, a właściwie kucał klaun – olbrzymie buty z trudem mieściły się na klapie. Chłopiec prawdopodobnie zmoczyłby spodnie, jednak szok sparaliżował wszystkie mięśnie, nie pomijając zwieraczy.

– Witaj, Antosiu. – Klaun uśmiechnął się szeroko. – Słyszałem, że się nas boisz.

– S-skąd wiesz? – zapytał chłopiec, całkowicie zapominając, po co tu przyszedł. – Adam ci powiedział? Głupek. Miał nikomu nie wygadać.

– Tak. Właśnie Adam mi powiedział. – Antek prawdopodobnie domyśliłby się, że coś tu nie gra, ale jego dziecięca podejrzliwość wciąż była na stadium rozwoju o nazwie „bezdenna naiwność”. – Uważamy z Adamem, że to dość głupie, by taki duży chłopiec bał się klaunów. Mam na imię Rintincurry. Nie jestem chyba aż tak straszny, co?

Antek w jednym z pierwszych przejawów sceptycyzmu w życiu zlustrował dokładnie klauna od za dużych stóp do pokrytej pomarańczową, nylonową czupryną głowy. Raz jeszcze wygrała dziecięca naiwność i twarz Antka rozpromieniła się w ufnym uśmiechu.

– Chciałbyś dostać balonowego zwierzaka?

Gumowa menażeria zawsze była niezawodną bronią klaunów w zdobywaniu dziecięcych serc. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak hipnotyzującego jest w poskręcanych balonach, ale na Antka działały tak samo, jak na wszystkich, którym nie było dane jeszcze skończyć dziesięciu lat.

Klaun wydobył z kieszeni zielony balon, nadmuchał jednym tchem i zwyczajem wszystkich klaunów odwrócił się plecami do widza, by nie zdradzić sekretów magicznej sztuki. Po chwili skrzypienia gumą wręczył chłopcu swe dzieło. Podobnie jak przy większości tego typu twórczości, trzeba było mieć dziecięcą, niczym nieograniczoną wyobraźnię, by w balonowej konstrukcji dojrzeć podobiznę zwierzęcia. Niemniej jednak Antek dał się oczarować. Podniósł zachwycony wzrok na Rintincurry’ego. I od razu tego pożałował.

Twarz klauna zmieniła się. Zniknęła z niej cała przyjazność i dobrotliwość. Teraz była po prostu przerażająca. Ale nie tak, jak ta, która przed laty kazała chłopcu uciekać z cyrku. Ta wyglądała, jakby pochodziła z najgorszych koszmarów. Rintincurry miał żółte, wyłupiaste oczy i szczerzył w upiornym grymasie komplet za dużych i za ostrych zębów. Pęcherz Antka przypomniał o sobie i postanowił nie czekać już dłużej.

– A może chciałbyś dołączyć do wesołej menażerii Rintincurry’ego? – zapytał klaun.

Antek nie zdążył pomyśleć, że prześladujący go od lat strach nie był tak do końca bezzasadny. Chciał już odpowiedzieć przeraźliwym wrzaskiem, ale szponiasta łapa, która znienacka ścisnęła jego usta, wepchnęła krzyk z powrotem do płuc.

***

Kategorie: Pokłosie Fragment