kot

"Pokłosie" – Marek Zychla, "Chyba" [fragment]

04.03.2015

***

Znowu fotel? Chyba. Mówię to nieszczęsne chyba, bo sama już niczego nie wiem. Może sofa, a może siedziałam na dywanie? Wariuję.

Sobota? Mam taką nadzieję, bo nawet najgorsza passa musi się wreszcie skończyć. Idę do kuchni, na górze cisza. Dziewczynki jeszcze śpią. Tak. Na pewno. Natrafiam na przymknięte drzwi.

I zatrzymuję się, choć każdy poszedłby dalej, ale życie nauczyło mnie ostrożności. Zastanawiam się nad tym, czy ostatnio je przymykałam, lecz raczej nie, bo kocham otwartą przestrzeń. Tak jest mi łatwiej i przyjemniej.

Wchodzę z duszą na ramieniu, gotowa, by walczyć i krzyczeć. Co prawda mieszkamy na spokojnym osiedlu, ale nie zawsze wiadomo, komu wynajmują domy. Czasy się zmieniają, moja ostrożność nigdy.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Szafki domknięte, z kranu kapie woda. Kiedyś wezwę fachowca do naprawy. Sama nie mam na to czasu.

Mój wzrok przykuwa pewien szczegół. Na lodówce powieszono obrazek i nie ja to zrobiłam. Nic szczególnego. Nic, o czym chciałabym pamiętać. Artyzmu w tym za grosz.

– Jesteś tu – mówię raczej, niż pytam i nie udaje mi się ukryć drżenia strachu.

– Jestem.

Rozglądam się. Kuchnia mała i zwykła do bólu oczu. Nie ma w niej zakamarków, szerokie okna skutecznie przeganiają cienie.

– Nie widzę cię – dodaję i wybucham: – Daj mi spokój!

Jak zwykle pierwsze puszczają nerwy.

Przez chwilę robi się ciemniej, pojawia się zarys sylwetki, w szarościach rysują się pierwsze zmarszczki.

– To mój dom! – krzyczę na całego.

Światło wraca na swoje miejsca i już nie czuję jej obecności. Znowu zostaję sama, z myślami o wariowaniu.

Na kartce pojawia się napis: „Porozmawiajmy o Holendrze z Niderlandów.”

Wpierw zamieram, szperam umysłem w dalekiej przeszłości, odpycham nadciągające wspomnienia, wybiegam z kuchni, trzaskając drzwiami.

Boję się.

***

– Przestraszyłaś ją – powiedziała jedna staruszka do drugiej.

– To nie ja wpadłam na pomysł z kartką.

– Bądźcie cicho.

***

Nie myśleć! – to najlepsze rozwiązanie problemu. Dziewczynki niedługo wstaną lub wrócą z… skądś tam. O Boże! Nie mam do niczego głowy. Wszystko się plącze, wszędzie pojawiają się nowe, choć przecież stare rzeczy. Totalny i dobrze znany mi obłęd.

– Nie dam się – mówię, wgapiona w tenisówki męża, których nie powinno tu być. – Nie pokonacie mnie! – krzyczę wpatrzona w linie łączące ściany z sufitem. – Trzymajcie się z dala od dziewczynek!

I zamykam się w sobie, odpływam, być może mdleję – byle dalej, do soboty i zakupów – a na schodach pojawiają się metalowe bramki. Te same, co przed laty.

Holender z Niderlandów – myślę i wściekam się na siebie, ale to już nieważne, przynajmniej chwilowo. DO SOBOTY; czekam na sobotę.

***

Tym razem ją widziałam i niepotrzebne były żadne przyciemnienia! Stała pośrodku kuchni, a uśmiech dodawał jej zmarszczek. Uciekłam. Oczywiście, że uciekłam, ale wiem, że ona wciąż tam jest! Z góry schodów wgapiam się w kuchenne drzwi i zamieram przy każdym ich drgnięciu.

– Idziemy do ciebie. – Słyszę wyraźnie i zbyt głośno, i najpierw się bardzo boję, a po chwili zastanawiam się nad tym jej „idziemy”.

Z sypialni na końcu korytarza wychyla się staruszka. Druga wychodzi z kuchni, a ja krzyczę i zatrzaskują się bramki.

– Miałam dwie – szepczę uradowana do siebie. Zawsze były dwie – na dole i na górze – by bliźniaczki nigdy nie spadły ze schodów.

Kobiety zatrzymują się. Najwidoczniej nie mogą sobie poradzić z przeszkodą. Nie widzą, co je blokuje.

– Nie dam rady! – krzyczy jedna do drugiej lub druga do pierwszej, ale guzik mnie to obchodzi. Jeszcze mniej obchodzą mnie one i ich zasrany Holender z Niderlandów.

– Nie wiem, czy nas słyszy. – Głos płynie z dołu, tym razem męski i spokojny. – Ona się boi i w niczym nam to nie pomaga. Miejmy to szybko za sobą.

Zamykam się w drugiej sypialni i zakrywam uszy dłońmi. Coś wrzeszczą do mnie – pewnie chcą, bym z nimi poszła – ale ja nie dam się śmierci, nawet tej w trzech osobach.

– Żyć wiecznie jest przecież prosto – powtarzam zasłyszane przed laty zdanie. – Wystarczy nigdy nie umrzeć.

***

– Czeka nas walka. – Dobiega do mnie od strony schodów, gdy tylko odsłaniam uszy.

– A już leżymy na plecach. – Staruszki żartują w najlepsze, śmiechy nie dają się powstrzymać bramkami.

– Zamknąć się! – krzyczę. – Nikt was tu nie zapraszał!

– Nie musiał – odzywa się któraś. – To nasz dom.

Uciekam. Nie wiem dokąd. Gubię się, odnajduję, zasypiam, budzę się.

Sobota.

***

Kategorie: Pokłosie Fragment