kot

"Pokłosie" – Marek Zychla, "Fhabhtanna" [fragment]

14.03.2015

***

Nie bawię się w kupno psiej miski ani w marketową pogoń za przysmakami, kojcem i gryzakami. Atos dostaje jeden z talerzy zapełniony klasycznym biegiem przez lodówkowe półki. Część ze smakołyków trafia do mojego żołądka. Jemy i ogrzewamy się w o wiele przytulniejszych niż zwykle czterech ścianach.

Chcę mu zrobić zdjęcie, ale ucieka na sam dźwięk wysuwanego obiektywu. Bawi mnie ta jego strachliwość, a przy okazji rozczula.

– Trafił swój na swego – mówię, gdy przerażoną psinę budzi z drzemki burczenie własnego brzucha. – Później pójdziemy na spacer, to odbierzemy samochód – mówię do pupila, drapiąc go za sterczącym uchem. – Wracając kupimy jakieś żarcie.

Całość nie zajmuje nam wiele czasu. Atos w aucie czuje się lepiej niż na spacerze, grzecznie siedzi z tyłu i obserwuje mijane budynki, machając kikutem ogona.

– Nasze piękne Callan – mówię do niego, przyciszając radio. – Światowa stolica seksu, rozrywki i biznesu! Nieco zapomniana…

W tym momencie mój czworonożny pupil prycha i zaczyna kaszleć tak intensywnie, że aż zjechałem na pobocze. Nic mu jednak nie było, skończyło się na załzawionych oczach.

Wracamy do domu i robię mu posłanie ze starych ubrań i dwóch kanapowych poduszek. Pies patrzy na nie, na mnie, po czym uwala się w fotelu.

Czuję gotowość do pierwszej lekcji wychowawczej, do próby sił dwóch samców – co prawda odmiennych gatunków, lecz zbliżonych upodobań.

Krzyczę, Atos nieśmiało warczy i zaczynam się śmiać, bo nagle rozumiem, że tak naprawdę wcale mi to nie przeszkadza. Pies zajmie fotel, ja kanapę, a gości żadnych i tak nigdy nie miewam. Rodzinę – a w zasadzie okruchy wspomnień, które po niej zostały – zgubiłem przeszło dwa tysiące kilometrów od Callan.

– Twój fotel, moja kanapa – mówię do spoglądającego na mnie ze zdziwieniem psa. – I wbrew pozorom ja tu rządzę. A jak się nie podoba, to będziesz mógł się do woli wylegiwać na trawie w ogródku – dodaję z najsurowszą w życiu miną.

Wydaje mi się, że Atos rozumie. Brakuje tylko, by pokiwał łbem.

– Będzie nam razem jak w raju! – Siadam na kanapę i włączam telewizję.

Przez następną godzinę wgapiamy się w jakiś mecz. Pies szczeka przy każdym golu.

***

Nad ranem budzi mnie hałas na dole. Niezbyt głośne szuranie, denerwujące postękiwania, głuche stuknięcia, raz na jakiś czas krótki szczek. Dobiegają z salonu, gdzie przecież śpi – więc i stróżuje – Atos.

– Co jest? – wzdycham i zwlekam się z ciepłego łóżka. – Trzeba było kupić złotą rybkę.

Schodzę, zapalając po drodze wszystkie światła. Nie boję się, bo wygląda – a raczej brzmi – na to, że mój pupil coś kombinuje w tej swojej trójkątnej łepetynie.

Otwieram drzwi do salonu z impetem godnym godziny dwunastej, ale w południe. Uderzam w pstryczek, gotowy do karcenia, gdy dociera do mnie cała seria niepokojących obrazów, a oprócz nich coś balansującego na granicy zapachu i smrodu. Mój nos gubi się w tej plątaninie.

Pies leży na podłodze, a na nim siedzi – chyba siedzi, bo w zasadzie ciężko stwierdzić – jakiś stwór najbardziej przypominający rozrośniętego koalę umorusanego błotem. Drugi, jeszcze większy, stoi nad nimi z moim kapciem uniesionym nad głową – lewym z pary tych o grubej podeszwie, w których wychodzę do ogródka.

Ja gapię się na nich, oni na mnie, wspomniane stwory jakimś takim gadzim wzrokiem, kapeć upada na panele, Atos jęczy – najprawdopodobniej z bólu, wiatr huczy w przewodzie kominowym, wykorzystując chwile względnej ciszy.

Cofam się wpierw o krok, później o dwa szybsze i wyciągam rurę od odkurzacza ze schowka pod schodami.

Intruzi najwidoczniej nie chcą, bym się wykazał. W dwóch skokach są już przy drzwiach do ogródka. Szeleszczą słowami w dziwnym języku, gestykulują energicznie w moim kierunku. Wreszcie znikają z pola widzenia, przebijając się niczym mały taran przez płot.

– Co to było? – Dziwię się, kucając przy czworonogu.

– Szfurle – jęczy psisko. – To były pieprzone Szfurle.

***

Czmychnąłem do kuchni, drzwi zabarykadowałem krzesłem i zabrałem się za przesuwanie lodówki.

– Psy nie mówią… – powtarzam sobie, a chłodziarka ani drgnie, wypełniona po brzegi żarciem z pobliskiego marketu.

Siadam na podłodze wyczerpany i roztrzęsiony. Zaciskam powieki i modlę się do Boga, w którego nie wierzę od lat, by to był tylko sen. Niczego mu nie obiecuję, no co najwyżej jedną, góra dwie wizyty w kościele. Jestem bliski zgodzić się nawet na spowiedź.

– Mój Boże, Ojcze mój jedyny… – powtarzam w kółko te słowa jak mantrę. – Wiem, że grzeszyłem!

– Dobry Boże nie pomoże! – Słyszę warknięcia zza drzwi i jakieś drapanie. – Wpuść mnie, poszczekamy sobie i jakoś to będzie.

Ani mi się śni, chociaż nie mówię tego na głos.

– Skąd znasz polski?! – Z tym jednym nie wytrzymuję.

– Podróżowałem.

Drażni mnie to psisko, przeraża, ale i… bawi tymi bzdurnymi odpowiedziami.

– Potrzebuję twojej pomocy – odzywa się Atos. – Szfurle wrócą i nie będą chciały z nami gadać.

Podnoszę się trochę wbrew sobie, opieram o kuchenny stół i myślę. Dumam nad wydarzeniami ostatnich godzin, starając się połączyć ze sobą fakty tak, by zlepić je we w miarę logiczną całość. Innymi słowy gram na czas, a w łepetynie rozrasta się pustka.

– Koale to Szfurle, a ty kim jesteś?

– Psem, w dodatku rasowym. Niemiecka robota!

– Psy nie mówią.

– Nie wszystko daje się wyszczekać.

Zaśmiałem się, Atos też, tylko tak jakoś upiorniej. Odsunąłem to, co przysunięte. Klamka z pozycji horyzontalnej opadła i do kuchni, na tylnych łapach, wszedł mój pupil.

– Możesz tego nie robić – poprosiłem, bo wyglądał przerażająco i tak bardzo ludzko. – Wystarczy mi na dziś cyrkowych popisów, poza tym widać ci ptaka.

– Oni mnie znaleźli, Jurku – mówi Atos, opierając łokieć o stół. – Zbyt długo szukali, żeby wystraszyć się jednego człowieka.

W tym samym momencie czujemy dym. A nie ma dymu bez…

***

Kategorie: Pokłosie Fragment