kot

"Pokłosie" – Paulina J. Król, "Status quo" [fragment]

20.03.2015

Otworzyłem oczy. Wciąż jeszcze mając na powiekach sen, spojrzałem bezmyślnie w sufit i przeciągnąłem się. Zanim dotarło do mnie, że nie znajduję się w dużym pokoju mieszkania Grześka, ziewnąłem szeroko i przetarłem oczy. Gdy wreszcie zorientowałem się, że jestem w nieznanym miejscu, poderwałem się jak oparzony i uderzyłem w głowę. Podniosłem dłoń i dotknąłem metalowych sprężyn. Nad moją głową nie było sufitu. Była prycza.

– Hola, hola. A ty co? Ducha zobaczył, czy jak?

Spojrzałem w stronę, z której dobiegał głos. Po przeciwnej stronie pomieszczenia stała jeszcze jedna prycza. Leżał na niej młody chłopak z książką w ręce i patrzył na mnie z rozbawieniem.

– Gdzie ja jestem? – zapytałem drżącym głosem.

– Plaża ci się śniła? – odpowiedział pytaniem drugi mężczyzna, siedzący przy niewielkim stoliku. Wstałem z łóżka i rozejrzałem się. Byłem w celi więziennej; okno obwarowane było metalowymi kratami. Chyba śniłem.

Całe pomieszczenie miało może dziewięć metrów kwadratowych, nie więcej. Chłopak z książką w ręce był dość krępy; miał na sobie ortalionowy dres. Drugi, nieco starszy, układał pasjansa.

Czyżbym wczoraj coś przeskrobał? Wypiłem za dużo z Grześkiem i…? No właśnie: i co? Byłbym w areszcie, nie w zakładzie karnym. A najpewniej siedziałbym w izbie wytrzeźwień. Co się stało? – myślałem gorączkowo, bezwiednie masując ramię.

– Jak się tutaj znalazłem? – zapytałem dwóch mężczyzn, gdy wreszcie odzyskałem panowanie nad głosem.

– Księżniczka ma amnezję – powiedział gość od pasjansa, na co ten z książką zarżał i przyłączył się do drwin:

– Ty, Igła, może mu co z tuszem wstrzyknąłeś?

Spojrzałem na swoją dłoń, rytmicznie uciskającą ramię. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że mam rozgrzaną i pulsującą bólem skórę. Podniosłem rękaw koszulki. Na ramieniu widniał świeży tatuaż. Przedstawiał czaszkę, która równie dobrze mogła być dziełem siedmioletniego dziecka. Wygładziłem T-shirt i podszedłem do lusterka wiszącego na ścianie. W odbiciu z trudnością rozpoznałem swoją twarz. Przy lewym oku miałem wytatuowaną kropkę, a głowę ogoloną na zero.

– Cynkwais – powiedziałem do siebie, zdumiony. Jakim cudem znam to określenie? Widocznie nie bez powodu miałem ten tatuaż na twarzy. Oznaczał gitowca, osobę biegle grypsującą.

Przejechałem dłonią po łysej głowie i zwróciłem się do czytającego:

– Nie, serio pytam. Co jest?

– Koleś, garujesz trzeci rok. Na tej samej kolibie.

Usiadłem na pryczy. Trzeci rok? Czy to sen? Tak, to musi być sen. Zacząłem się szczypać po całym ciele, rozpaczliwie próbując się obudzić.

– Te, Igła, filuj, jaki debil. Szczypie się – powiedział Czytający.

Szczypanie nic nie pomogło. Wciąż tu tkwiłem. Położyłem się na pryczy i spróbowałem się skupić. To jakaś zwariowana czarna magia. Jakieś czary. Czy to ma być jakaś pokręcona wiadomość?

Alternatywna rzeczywistość? Czułem, jak galopuje mi serce. Oddychałem tak szybko, jakbym właśnie ukończył maraton. Byłem przerażony. Jeśli prędko się nie uspokoję, to wykituję na serce w tej zapomnianej przez Boga celi więziennej.

W tym momencie ktoś otworzył drzwi. Klawisz wetknął do pomieszczenia głowę i powiedział:

– Goliński, widzenie. Adwokat.

Zerwałem się z pryczy. Poszedłem za klawiszem. To wszystko było jakieś surrealistyczne. Jeśli to był sen, to dlaczego nie mogę się z niego wybudzić?

Jeśli to była rzeczywistość, dlaczego niczego nie pamiętam?

Po chwili witałem się z łysiejącym mecenasem, odzianym w dżinsy i białą koszulę.

– Witaj, Pawle. Za niedługo masz rozprawę o przedterminowe zwolnienie. Chciałem, abyśmy…

– Skąd ja się tu wziąłem? Co zrobiłem?

Adwokat spojrzał na mnie zaskoczony.

– Jak to: co zrobiłeś? To nie pora na takie wygłupy.

– Pytam poważnie. Przypomnij mi.

Łysielec westchnął.

– Dnia dwudziestego pierwszego marca dwa tysiące dziewiątego roku spowodowałeś wypadek samochodowy, prowadząc w stanie nietrzeźwym. Jedna osoba została ranna i przewieziona do szpitala w stanie ciężkim. Zgodnie z artykułem sto siedemdziesiątym ósmym Kodeksu Karnego dostałeś wyrok pięciu lat pozbawienia wolności.

– Dwudziestego pierwszego marca? Przecież wtedy… poznałem Karolinę. Nie spowodowałem żadnego wypadku, tylko ją poderwałem. Wróciłem z nią do domu.

– Najwidoczniej to ci się przyśniło. Czy możemy teraz porozmawiać o twojej rozprawie?

Siedziałem jak skamieniały, wpatrując się w mało atrakcyjnego prawnika. Nic nie rozumiałem. Wreszcie zebrałem się w sobie i podnosząc się, powiedziałem:

– Nie. Później. Jutro. Muszę stąd wyjść.

Gnając do drzwi, przewróciłem krzesło.

– Jutro mnie tu nie będzie. Mogę tu wrócić dopiero po świętach. Mam sporo innych spraw – wykrzyknął za mną adwokat. Odwróciłem się.

– Którego dzisiaj mamy?

– Koniec świata – powiedział adwokat, wystawiając zęby w przerażającym uśmiechu.

(…)

Kategorie: Pokłosie Fragment